TINY GARDEN

Cyniczny wobec życia, poważny wobec warzyw.

Konflikty wynikające ze zderzenia grup etnicznych, kulturowych i religijnych!

Historia ludzkości to nie tylko opowieść o powstawaniu imperiów, tworzeniu wynalazków i rozwoju sztuki. To także, a może przede wszystkim, kronika niekończącego się pasma konfliktów. Od najdawniejszych czasów po dzień dzisiejszy, tam gdzie zderzają się różne grupy etniczne, kulturowe i religijne, wybucha iskra, która często przeradza się w pożar nienawiści i przemocy.

Ten wpis jest próbą prześledzenia tej bolesnej, lecz fundamentalnej nici, która przewija się przez dzieje naszego gatunku. Od tajemniczych Ludów Morza i starożytnych imperiów, przez średniowieczne krucjaty i kolonialne podboje, aż po współczesne wojny i kryzysy humanitarne – zobaczymy, jak głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze jest poczucie swojskości i obcości, oraz jak łatwo jest ono wykorzystywane do legitymizacji podboju, ucisku, a nawet ludobójstwa. To podróż przez ciemną stronę naszej cywilizacji, która ma na celu zrozumienie, dlaczego ktoś inny tak często staje się wrogiem, i jakie piętno te wielowiekowe zderzenia odciskają na kształcie naszego współczesnego świata.

Załamanie się późnej epoki brązu, około 1200 roku p.n.e., było globalnym kryzysem tamtego świata, który wstrząsnął fundamentami wielkich cywilizacji i zapoczątkował pierwszą, udokumentowaną na taką skalę, falę migracji i konfliktów etniczno-kulturowych. Uprzemysłowione imperia hetyckie, potęga Myken i bogate miasta-państwa Lewantu nagle runęły w ogniu i chaosie, tworząc swego rodzaju polityczną i gospodarczą próżnię. W tę próżnię ruszyli wędrowcy – zjednoczeni pod tajemniczą nazwą „Ludów Morza”. Kim byli? Był to prawdopodobnie konglomerat różnych grup: przemieszanych uchodźców, najemników i piratów wywodzących się z rozpadających się społeczeństw egejskich, anatolijskich i być może nawet zachodnich. Ich migracja nie była pokojową wędrówką, lecz desperackim i żarłocznym marszem w poszukiwaniu nowych domów. Napotykali po drodze osady i miasta, które plądrowali dla zasobów, ale ich prawdziwym celem było osiedlenie się. Kulminacją tego procesu była bitwa z egipskim faraonem Ramzesem III około 1177 roku p.n.e., którą ten odmalował na reliefach świątyni w Medinet Habu. Konflikt ten nie był jedynie starciem dwóch wrogich armii; był zderzeniem świata osiadłego, zorganizowanego w państwo, z światem koczowniczym, zdesperowanym i hybrydowym. „Ludy Morza” nie atakowały dla samej chęci niszczenia – ich najazd był symptomem głębszej choroby: upadku skomplikowanej sieci handlowej epoki brązu, która zapewniała stabilność. Gdy łańcuchy dostaw miedzi i cyny się zerwały, a klęski głodu stały się powszechne, walka o ziemię uprawną i zasoby przekształciła się w walkę o przetrwanie, gdzie stawką była nie tylko dominacja, ale samo istnienie kultur i ludów.

W miarę jak Europa i Bliski Wschód podniosły się z popiołów epoki brązu, nowe dynamiczne cywilizacje rozpoczęły ekspansję, nadając konfliktom etniczno-kulturowym wyrazisty, ideologiczny wymiar. Fenomenem tym była wielka kolonizacja grecka, trwająca od VIII do II wieku p.n.e., która wysłała fale osadników z macierzystych greckich miast-państw w każdy zakątek Morza Śródziemnego i wybrzeży Morza Czarnego. Zakładając kolonie takie jak Neapol, Massalia (dzisiejsza Marsylia) czy Olbia, Grecy nieśli ze sobą nie tylko towar, ale także głębokie poczucie kulturowej wyższości. To właśnie w tym okresie wykształciło się fundamentalne dla Zachodu pojęcie „barbarzyńcy” – które początkowo oznaczało po prostu kogoś, kto mówi niezrozumiałym językiem, ale szybko nabrało pejoratywnego znaczenia, obejmując wszystko, co nie-greckie: inni bogowie, odmienne obyczaje polityczne i styl życia. To zderzenie mentalności było źródłem niezliczonych konfliktów. Na Półwyspie Bałkańskim Grecy zderzyli się z wojowniczymi Trakami, których kultura była zorientowana na arystokrację wojenną i skarby złotnicze, a nie na miejską agorę. Na północnych wybrzeżach Morza Czarnego kolonie greckie musiały lawirować między potężnymi koczowniczymi ludami scytyjskimi, prowadząc z nimi lukratywny handel zbożem za luksusowe towary, lecz żyjąc w ciągłej obawie przed najazdami tych znakomitych jeźdźców. Najbardziej zaś zacięty konflikt, o wymiarze niemal totalnym, rozegrał się na zachodzie – była to walka z Kartaginą, fenicką potęgą morską. Wojny Rzymu z Kartaginą, choć często postrzegane przez pryzmat polityczny, miały głęboki podtekst kulturowy. Rzymianie, będący w dużej mierze uczniami Greków, postrzegali Kartagińczyków jako przebiegłych, okrutnych i religijnie obcych. Kolonizacja nie była zatem jedynie zakładaniem faktori handlowych. Była fizycznym i mentalnym stawianiem murów między uporządkowanym, miejskim światem a dzikim, nieprzewidywalnym światem zewnętrznym, gdzie rywalizacja o ziemię i wpływy handlowe podszyta była głęboką kulturową nieufnością i poczuciem cywilizacyjnej misji.

Podczas gdy Republika Rzymska przekształcała się w Cesarskie Imperium, pomiędzy I wiekiem p.n.e., a I wiekiem n.e., konflikty na jego granicach i w jego prowincjach przybrały postać klasycznego zderzenia globalizującej się, uniwersalistycznej cywilizacji z odrębnymi, zdeterminowanymi tożsamościami etnicznymi i religijnymi. Rzym, uzbrojony w ideę Pax Romana i swoją misję cywilizacyjną, postrzegał podbój nie tylko jako akt militarny, ale jako proces akulturacji – romanizacji. To właśnie w tym tyglu ujawniły się trzy zasadniczo różne modele oporu. Na Zachodzie, w Galii, Juliusz Cezar stłamsił wolność plemion celtyckich pod wodzą Wercyngetoryksa. Był to konflikt między światem zorganizowanej armii, dróg i miast, a światem plemiennych lojalności, druidów i wojowników. Choć Galia została ostatecznie szybko zromanizowana, jej podbój był brutalnym starciem dwóch odmiennych systemów społecznych. Na północy, w lasach Germanii, Rzymianie napotkali ludy, które wydawały im się jeszcze bardziej prymitywne i niepodatne na asymilację. Klęska w Lesie Teutoburskim w 9 roku n.e. nie była jedynie militarną porażką. Była traumatycznym sygnałem, że istnieją kultury, które przed zromanizowaniem przedkładają własną wolność w surowym, lecz znanym sobie środowisku. Najgłębszy i najbardziej nierozwiązywalny konflikt rozegrał się jednak na Wschodzie, w Judei. Tu zderzenie nie dotyczyło jedynie struktur politycznych czy społecznych, ale sięgało samego jądra tożsamości. Dla Rzymian, politeistów włączających obcych bogów do własnego panteonu, monoteistyczni Żydzi byli irracjonalnie oporni. Odmowa oddania czci cesarzowi jako bogu, specyficzne prawa religijne i oczekiwanie mesjasza były postrzegane jako wywrotowy fanatyzm. Dla Żydów zaś rzymska władza była nie tylko politycznym uciskiem, ale świętokradzką profanacją. Seria powstań, zakończonych zniszczeniem Świątyni Jerozolimskiej w 70 roku n.e. i ostatecznym wygnaniem po powstaniu Bar-Kochby, ukazała bezradność nawet najpotężniejszego imperium wobec oporu motywowanego wiarą, gdzie stawką nie była ziemia czy bogactwo, lecz sama dusza narodu i jego przymierze z Bogiem.

Gdy Cesarstwo Rzymskie pogrążyło się w kryzysie, na arenę dziejów z impetem wkroczyła nowa, dynamiczna siła, która na stulecia miała zdefiniować nowe linie podziałów i konfliktów. Ekspansja arabska, zapoczątkowana w VII wieku przez powstanie islamu, była jednym z najbardziej spektakularnych i trwałych w skutkach zderzeń cywilizacyjnych w historii. W przeciągu zaledwie stu lat wojownicy Półwyspu Arabskiego, prowadzeni początkowo przez kalifów, podbili ogromne terytoria bizantyjskie i doprowadzili do ostatecznego upadku perskiego imperium Sasanidów. Ten podbój nie był jednak jedynie kolejną falą najazdów; był procesem o fundamentalnie religijnej proweniencji, który nakładał się na istniejące już konflikty etniczne i kulturowe. Dla chrześcijańskiego świata, zarówno bizantyjskiego, jak i zachodniego, nagła utrata bogatych prowincji Syrii, Egiptu, Afryki Północnej i Hiszpanii była szokiem teologicznym i strategicznym. Jednak dynamika tych konfliktów była niezwykle złożona. W przypadku Persów, podbój przez Arabów oznaczał nie tylko klęskę polityczną, ale także koniec odwiecznego zaratusztriańskiego systemu wierzeń, który stopniowo ustępował miejsca islamowi, choć w znacznym stopniu wpłynął na kulturę i administrację nowych władców. Na zachodzie, w Hiszpanii Wizygotów, arabscy najeźdźcy (wśród których większość stanowili niedawno nawróceni Berberowie) wykorzystali wewnętrzne słabości i niezadowolenie ludności żydowskiej, by obalić królestwo Wizygotów w bitwie pod Guadalete w 711 roku. To właśnie na Półwyspie Iberyjskim zderzenie zaowocowało najbardziej twórczym, choć często burzliwym, współistnieniem. Al-Andalus stało się mozaiką, gdzie muzułmanie, chrześcijanie i żydzi tworzyli unikalną, symbiotyczną kulturę, przeplatając wpływy w filozofii, nauce i architekturze, nawet pomiędzy okresami napięć i konfliktów. Ekspansja arabska była zatem zarówno świętą wojną (jihad), jak i politycznym redefiniowaniem świata. Doprowadziła do trwałego podziału basenu Morza Śródziemnego na strefę chrześcijańską i islamską, zapoczątkowując wielowiekową rywalizację, która znajdowała swój wyraz w krucjatach, rekonkwiście i nieustannym napięciu na granicach tych dwóch światów, jednocześnie tworząc przestrzenie, gdzie przenikanie się kultur wytworzyło jedne z najświetniejszych osiągnięć ludzkiego ducha.

Jeśli wczesna ekspansja arabska wyznaczyła linie frontu cywilizacyjnego, to krucjaty, trwające od XI do XIII wieku, stały się ich krwawym, symbolicznym i instytucjonalnym dopełnieniem. Była to nie tylko wielowiekowa seria wojen, ale także zinstytucjonalizowane, religijnie motywowane zderzenie, które na trwałe ukształtowało wzajemne postrzeganie się chrześcijańskiego Zachodu i islamskiego Wschodu. Bezpośrednim pretekstem był apel papieża Urbana II w 1095 roku o odbicie Ziemi Świętej z rąk muzułmańskich, co miało zapewnić rycerstwu europejskiemu zbawienie, a papiestwu – zwierzchność nad chrześcijańskim światem. Jednak pod powierzchnią tej religijnej retoryki pulsowały głębsze konflikty. Etniczna rywalizacja między różnymi frakcjami świata islamskiego, które były wewnętrznie podzielone, co początkowo ułatwiło sukces I Krucjaty i zdobycie Jerozolimy w 1099 roku. To wydarzenie, połączone z masakrą jej mieszkańców – zarówno muzułmanów, jak i żydów – utrwaliło obraz krzyżowca jako świętego wojownika, ale i okrutnego najeźdźcy. Paradoksalnie, te stulecia konfliktu stworzyły również przestrzeń dla intensywnego, choć często przymusowego, współżycia. W powstałych na Bliskim Wschodzie państwach krzyżowych Frankowie, stanowiący warstwę rządzącą, musieli nauczyć się koegzystować z miejscową ludnością muzułmańską, chrześcijańską i żydowską. Choć podziały religijne pozostawały ostre, dochodziło do wymiany handlowej, kulturowej i intelektualnej. Rycerze przywdziewali elementy wschodniego ubioru, a arabska medycyna i filozofia przenikały do Europy. Mimo to, ta koegzystencja była krucha i oparta na systemie dominacji. Ostatecznie krucjaty zakończyły się militarną porażką Zachodu, a ostatni przyczółek, Akka, upadł w 1291 roku. Ich najtrwalszym dziedzictwem nie były jednak zdobyte lub utracone twierdze, lecz głęboko zakorzenione w obu społecznościach stereotypy, rany i narracje o świętej wojnie, które przez wieki zatruwały relacje między dwiema wielkimi religiami monoteistycznymi, a ich echo słychać w polityce i retoryce aż po dzień dzisiejszy.

Równolegle do krucjat na Bliskim Wschodzie, na przeciwległym krańcu Europy toczył się inny, wielowiekowy konflikt na styku chrześcijaństwa i islamu – Rekonkwista na Półwyspie Iberyjskim. Trwająca od VIII do XV wieku nie była ona pojedynczym, zorganizowanym przedsięwzięciem, lecz mozaiką wojen, rozejmów, sojuszy i stopniowej ekspansji chrześcijańskich królestw północy kosztem muzułmańskich taif Al-Andalus. W przeciwieństwie do krucjat, które były zbrojnymi pielgrzymkami w odległe ziemie, Rekonkwista miała charakter wojny o ziemię, odebraną przed wiekami, i toczyła się na gruncie postrzeganym jako własny, co nadawało jej wymiar zarówno narodowy, jak i religijny. Jednakże to pozornie proste starcie było w rzeczywistości niezwykle złożone. Linie frontu były płynne, a chrześcijańscy i muzułmańscy władcy często zawierali taktyczne sojusze ponad podziałami wiar, walcząc przeciwko swoim coreligionistom. To właśnie na Półwyspie Iberyjskim idea „świętej wojny” zderzyła się z codzienną rzeczywistością długotrwałego współistnienia. Przez wieki na podbitych terenach tworzyły się wielokulturowe społeczeństwa, gdzie chrześcijanie, muzułmanie i żydzi żyli obok siebie, wymieniając się nie tylko towarami, ale także wiedzą, architekturą i obyczajami. Ten stan względnej symbiozy zaczął się jednak gwałtownie pogarszać w miarę postępów Rekonkwisty. Zwycięstwo chrześcijan w kluczowej bitwie pod Las Navas de Tolosa w 1212 roku przesunęło szalę na ich korzyść, a upadek Grenady w 1492 roku symbolicznie zakończył ten proces. Kulminacją zderzenia kultur były jednak nie podboje militarne, lecz przymusowa unifikacja religijna. Wydany w 1492 roku Edykt z Alhambry dał żydom hiszpańskim wybór: konwersja lub wygnanie. Kilka dekad później muzułmanie stanęli przed tym samym dramatycznym dylematem. Rekonkwista, która rozpoczęła się jako walka o terytorium, zakończyła się więc jako projekt czystki etniczno-religijnej, tworząc podwaliny nowoczesnej, katolickiej Hiszpanii, lecz jednocześnie odciskając głębokie piętno na jej tożsamości, opartej na wykluczeniu.

Gdy Europa i Bliski Wschód zmagały się z konfliktami na linii chrześcijaństwo-islam, ze wschodnich stepów nadeszła burza, która na nowo zdefiniowała pojęcie totalnego zderzenia cywilizacji: imperium Mongołów. W XIII i XIV wieku, pod wodzą Czyngis-chana i jego następców, koczownicze ludy stepowe rozpoczęły ekspansję na skalę niespotykaną dotąd w dziejach. Ich najazd nie był jedynie kolejną wojną; był kataklizmem, który w sposób fundamentalny i brutalny zderzył świat koczowniczych pasterzy-wojowników ze światem wielkich, osiadłych cywilizacji. Dla Mongołów, których społeczeństwo, gospodarka i światopogląd były zorganizowane wokół konia, łuku i nieograniczonej przestrzeni stepu, wielkie miasta rolniczych imperiów były czymś obcym, a przez to często przeznaczonym do zniszczenia, jeśli stawiały opór. To zderzenie mentalności zaowocowało jednymi z najkrwawszych rozdziałów w historii ludzkości. W Chinach dynastia Jin upadła pod ciosami armii Czyngis-chana, a potężne miasta jak Samarkanda czy Buchara w Persji zostały starte z powierzchni ziemi, a ich mieszkańcy wymordowani w aktach zbiorowej zemsty. Ruś, podbita i włączona do Złotej Ordy, na stulecia pogrążyła się w izolacji i politycznej zależności, co głęboko ukształtowało jej późniejszy despotyczny i podejrzliwy stosunek do Zachodu. Jednakże, paradoksalnie, to właśnie ten bezlitosny podbój stworzył także przestrzeń dla gigantycznych migracji, wymiany i niespodziewanej tolerancji. Pax Mongolica, okres względnego pokoju wewnątrz imperium, połączył ze sobą Azję i Europę bezpiecznymi szlakami handlowymi. Marco Polo mógł podróżować do Chin, a idee, technologie i – co najważniejsze – choroby, jak dżuma, przemieszczały się swobodnie po kontynentach. Mongołowie, będąc praktycznymi poganami, nie faworyzowali żadnej z wielkich religii, pozwalając na funkcjonowanie chrześcijanom, muzułmanom, buddystom i taoistom. W ten sposób ich podboje, będące aktem niemal absolutnego zniszczenia, stały się także nieoczekiwanym katalizatorem globalizacji, na zawsze zmieniając układ sił i kulturową mapę Eurazji.

Podczas gdy Zachód otrząsał się z zarazy i kryzysów późnego średniowiecza, na Bałkanach rozgrywał się kolejny akt wielkiego dramatu zderzenia cywilizacji, który na stulecia miał zdefiniować polityczny i kulturowy krajobraz Europy Południowo-Wschodniej. W XIV i XV wieku dynamicznie rozwijające się Imperium Osmańskie, umocnione po podbojach w Azji Mniejszej, przekroczyło cieśniny i na dobre wkroczyło na europejski grunt. Jego ekspansja na Bałkanach nie była jedynie podbojem terytorialnym. Była to konfrontacja całkowicie odmiennych systemów: scentralizowanej, militarystycznej machiny osmańskiej, zarządzanej przez sułtana i wspartej ideologią islamskiej wojny świętej, z mozaiką skłóconych, chrześcijańskich królestw i despotatów serbskich, bułgarskich oraz bizantyjskich. Kluczowym momentem tego starcia była bitwa na Kosowym Polu w 1389 roku, gdzie połączone siły serbskie i bośniackie poniosły druzgocącą klęskę. Dla Serbów wydarzenie to stało się kamieniem węgielnym narodowego mitu o heroicznym oporze i męczeństwie, kultywowanym przez wieki niewoli. Podbój ten miał charakter nie tylko militarny, ale także demograficzny i religijny. Osmanowie wprowadzili system daniny krwi, polegający na przymusowym poborze chłopców z chrześcijańskich rodzin, którzy po nawróceniu na islam i gruntownym wyszkoleniu stawali się elitą janczarów lub urzędników administracji. Ten proceder był zarówno formą opresji, jak i perwersyjnym mechanizmem asymilacji i awansu społecznego. Dla ludności chrześcijańskiej ustanowiono system milletu, który gwarantował im pewną autonomię religijną i prawną, lecz jednocześnie formalizował ich status obywateli drugiej kategorii, obciążonych dodatkowym podatkiem i licznymi ograniczeniami. Upadek Konstantynopola w 1453 roku, będący symbolicznym końcem Cesarstwa Rzymskiego, był ukoronowaniem osmańskiej dominacji na Bałkanach. To zderzenie nie tylko zmieniło mapę polityczną, ale także utrwaliło głębokie podziały religijne i narodowościowe, których konsekwencje – w postaci nacjonalizmów, wzajemnych uraz i złożonych tożsamości – odczuwalne są w tym regionie aż po dzień dzisiejszy.

Gdy w Europie umacniały się scentralizowane monarchie, a Renesans kładł podwaliny pod nowożytną naukę, po drugiej stronie Atlantyku rozegrał się najtragiczniejszy i najbardziej nierówny rozdział w dziejach zderzeń cywilizacji – kolonizacja obu Ameryk. Począwszy od XVI wieku, konkwista hiszpańska pod wodzą takich postaci jak Hernán Cortés czy Francisco Pizarro, a później ekspansja portugalska, angielska i francuska, stanowiły totalną kolizję światów, które przez tysiąclecia rozwijały się w całkowitej izolacji. Dla Europejczyków, uzbrojonych w stal, proch, konie oraz niewzruszoną pewność wyższości swojej wiary i kultury, Nowy Świat był terra nullius – ziemią niczyją, czekającą na podbój, chrystianizację i eksploatację. Dla wielkich imperiów Mezoameryki i Andów, takich jak Aztekowie czy Inkowie, przybycie obcych było początkowo zjawiskiem tak niepojętym, że mieszczącym się w ramach ich własnych mitologii, co zostało bezwzględnie wykorzystane przez nielicznych konkwistadorów. Jednak prawdziwym, niewidzialnym żołnierzem Europejczyków okazały się choroby Starego Świata – ospa, odra, tyfus – na które rdzenni mieszkańcy nie mieli odporności. Szacuje się, że w ciągu pierwszego stulecia po kontakcie populacja Indian obu Ameryk zmniejszyła się o 80-90%, co było jednym z największych demograficznych kataklizmów w historii. Ten biologiczny holokaust zniszczył struktury społeczne i otworzył drogę do fizycznego podboju. Kolonizacja przybrała różne formy. Od hiszpańskiego systemu, który był formą pracy przymusowej na plantacjach i w kopalniach, po angielski model wypierania plemion z ich ziem i spychania ich na zachód w wyniku wojen i traktatów łamanych przez osadników. Był to konflikt o wszystko. O ziemię, o zasoby, o duszę. Misjonarze niszczyli pisma i świątynie, uznając miejscowe wierzenia za diabelskie, a europejskie pojęcie własności indywidualnej stało w sprzeczności z kolektywnym, plemiennym stosunkiem do ziemi. Kolonizacja Ameryk nie była po prostu serią wojen; była to systemowa zagłada całych cywilizacji, przymusowa asymilacja, niewolnictwo i trwała marginalizacja, której skutki – w postaci ubóstwa, utraconej tożsamości i trwających walk o prawa – stanowią otwartą ranę do dziś.

Podczas gdy Ameryki podlegały gwałtownej i brutalnej transformacji, Europa, wzmocniona bogactwami z Nowego Świata i przewagą technologiczną, zwróciła swoją imperialną żądzę ku starożytnym cywilizacjom Azji i zróżnicowanym społeczeństwom Afryki. Kolonizacja tych regionów między XVI a XIX wiekiem przybrała inny, choć wciąż destrukcyjny, charakter niż w obu Amerykach. Nie chodziło już tylko o bezpośrednie osadnictwo i zagładę biologiczną, lecz o systematyczne podporządkowanie sobie istniejących, gęsto zaludnionych i często wysoko zorganizowanych społeczeństw dla celów ekonomicznej eksploatacji. W Azji Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, początkowo jako podmiot handlowy, metodami „dziel i rządź” wplątywała się w lokalne konflikty między władcami muzułmańskimi i hinduskimi, by ostatecznie przejąć kontrolę nad większością subkontynentu indyjskiego po stłumieniu Powstania Sipajów w 1857 roku. Był to konflikt o władzę i tożsamość. Chrześcijańscy, zachodni najeźdźcy narzucali swoje prawa, język i system edukacji, często w pogardzie dla miejscowych tradycji i wierzeń, co wywoływało zbrojny opór oparty na obronie religii i tradycyjnego porządku. Podobnie w Azji Południowo-Wschodniej, Holendrzy metodami bezwzględnego monopolu i przymusu podporządkowali sobie archipelag indonezyjski, a Hiszpanie z katolickim żarem narzucili swoją kulturę na Filipinach. W Afryce, gdzie początkową obecność Europejczyków ograniczały faktorie handlowe i handel niewolnikami, XIX-wieczny wyścig o Afrykę doprowadził do sztucznego podziału kontynentu na kolonie bez żadnego poszanowania dla etnicznych, kulturowych i historycznych granic. Mocarstwa europejskie, uzbrojone w karabiny maszynowe i poczucie rasowej wyższości, brutalnie tłumiły powstania i obalały lokalne struktury władzy, zastępując je administracją kolonialną. To zderzenie nie było jedynie militarne. Było to starcie światopoglądów, w którym europejski industrialny kapitalizm i naukowy rasizm zderzyły się z plemiennymi, wspólnotowymi i często animistycznymi systemami wartości. Skutkiem była nie tylko przemoc i grabież, lecz także trwała dezintegracja społeczna, gospodarcza zależność oraz zatrucie stosunków międzyplemiennych, których gorzkie dziedzictwo – w postaci arbitralnych granic, konfliktów etnicznych i głębokich nierówności – ciąży na tych regionach aż po dziś dzień.

Ekspansja europejskiego imperializmu, choć w różnych formach, sięgnęła także najdalszych krańców globu, gdzie w XVII, XVIII i XIX wieku doszło do tragicznych w skutkach zderzeń z rdzennymi mieszkańcami Australii, Nowej Zelandii i Kanady. W przeciwieństwie do gęsto zaludnionych Indii czy Afryki, te regiony często postrzegano jako ziemię niczyją – co stanowiło wygodną ideologiczną podstawę do zawłaszczania terenów, mimo ich wielowiekowego zamieszkania. W Australii Brytyjczycy, rozpoczynając od założenia kolonii karnej w 1788 roku, rozpoczęli proces, który przerodził się w cichą, lecz systematyczną eksterminację Aborygenów. Zderzenie koczowniczych, duchowo związanych z ziemią kultur, z osiadłym, rolniczym i industrialnym modelem brytyjskim, było totalne. Wypieranie ze świętych terenów, wprowadzenie obcych chorób, celowe trucie i masakry (np. nad Rzeką Coniston w 1928 roku) zdziesiątkowały populację i złamały tradycyjne struktury społeczne. W Nowej Zelandii konflikt przybrał bardziej konwencjonalną, choć nie mniej nierówną, postać. Wojny maoryskie toczyły się od lat 40. do 70. XIX wieku między brytyjskimi siłami kolonialnymi a plemionami Māori. Choć Māori byli potężnymi i zorganizowanymi wojownikami, którzy stawili zacięty opór, przytłaczająca przewaga militarna Brytyjczyków oraz konfiskata ziem pod pretekstem buntu ostatecznie pozbawiły ich większości terytoriów i suwerenności. Inny wymiar konfliktu rozegrał się w Kanadzie, gdzie ukształtowała się nowa, mieszana grupa etniczna – Métis, potomkowie europejskich handlarzy futer i rdzennych kobiet. Gdy osadnictwo się poszerzało, Métis, których unikalna kultura łączyła elementy obu światów, dwukrotnie chwycili za broń, by bronić swoich praw do ziemi i samostanowienia. Ich klęska przypieczętowała dominację rządu federalnego. We wszystkich tych przypadkach zderzenie to nie było jedynie walką o ziemię, ale fundamentalnym konfliktem o prawo do istnienia, o uznanie innego systemu własności, innej relacji z przyrodą i o prawo do określania własnej tożsamości w obliczu napierającej, niosącej zagładę fali kolonializmu.

Tymczasem w Irlandii rozgrywał się przez stulecia jeden z najbardziej wyrazistych i trwałych konfliktów na tle etniczno-religijnym, którego korzenie sięgają podbojów normańskich, a który swój gorzki kształt przybrał właśnie między XVII a XIX wiekiem. Był to konflikt, w którym różnice etniczne pomiędzy Irlandczykami a Anglikami zostały spotęgowane i utrwalone przez fundamentalny podział religijny pomiędzy katolicyzmem, a protestantyzmem, stając się narzędziem politycznej dominacji i społecznej segregacji. Punktem zwrotnym była inwazja Cromwella w latach 40. XVII wieku, której towarzyszyły niezwykłe okrucieństwo i masowe konfiskaty ziemi, a która ostatecznie przypieczętowała angielską kontrolę. Serią Ustaw Karnych wprowadzono w XVIII wieku system instytucjonalnego ucisku, który miał na celu wymuszenie asymilacji i złamanie katolickiej tożsamości Irlandczyków. Prawa te pozbawiały katolików praw obywatelskich, politycznych, edukacyjnych i ekonomicznych – nie mogli oni głosować, sprawować urzędów, kupować ziemi, a nawet odprawiać mszy w sposób jawny. Jednocześnie trwał proces kolonizacji, zwłaszcza w Ulsterze, gdzie osadzano protestanckich kolonistów z Anglii i Szkocji, tworząc lojalną wobec Korony społeczność, której uprzywilejowana pozycja miała stanowić zaporę przed buntem rdzennej ludności. To celowe dzielenie społeczeństwa na panującą mniejszość protestancką i podbitą większość katolicką zaowocowało serią krwawych powstań, które były desperacką odpowiedzią na ucisk narodowy, religijny i ekonomiczny. Kulminacją tego ucisku był Wielki Głód w latach 40. XIX wieku, który zdziesiątkował populację i zmusił miliony do emigracji, co zostało przez Irlandczyków odebrane nie jako klęska żywiołowa, lecz jako akt ekonomicznej i rasowej zagłady. Ten konflikt, podsycany przez wieki, udowodnił, że zderzenie grup nie musi zachodzić między odległymi kontynentami. Może toczyć się tuż obok, a jego najskuteczniejszym paliwem jest systemowa dyskryminacja, która z religii i kultury czyni znaki rozpoznawcze oprawcy i ofiary, dziedziczone przez kolejne pokolenia.

Dziedzictwo wieków ucisku i podziałów eksplodowało z nową siłą w XX wieku. Bezpośrednią kontynuacją wcześniejszych powstań była irlandzka wojna o niepodległość (1919-1921), w której kluczową rolę odegrała Irlandzka Armia Republikańska (IRA). Jej powstanie było odpowiedzią na brutalne działania brytyjskich sił oraz odrzuceniem podziału wyspy na katolicką, niezależną Irlandię i protestancki Ulster pozostający w Zjednoczonym Królestwie. Konflikt, który wydawał się zakończyć utworzeniem Wolnego Państwa Irlandzkiego, jedynie zmienił formę. W Północnej Irlandii systemowy ucisk katolików przez protestancką większość utrzymywał się. IRA prowadziła przez dziesięciolecia krwawą kampanię partyzancką przeciwko brytyjskim siłom, instytucjom północnoirlandzkim oraz atakom na cele cywilne, spotykając się z odpowiedzią lojalistów i armii brytyjskiej. Ten konflikt, zakorzeniony w historycznych antagonizmach etniczno-religijnych, choć zakończony Porozumieniem Wielkopiątkowym w 1998 roku, do dziś pozostaje blizną na społeczeństwie, dowodząc, jak trwałe i głębokie są konsekwencje zderzenia kultur i religii, nawet w sercu nowoczesnej Europy.

Równolegle do podbojów kolonialnych i konfliktów z rdzennymi mieszkańcami, rozwijał się inny, potworny w swojej skali i systematyczności proces, który na trwałe ukształtował globalne stosunki etniczne. Transatlantycki handel niewolnikami. W przeciwieństwie do wcześniejszych form niewolnictwa, ten, trwający od XVI do XIX wieku, był przemysłowym, komercyjnym przedsięwzięciem o charakterze rasowym, którego celem było dostarczenie siły roboczej dla plantacji obu Ameryk. To nie był po prostu handel ludźmi. Był to akt gigantycznej, przymusowej migracji i celowego wymieszania ludów, który wyrwał z korzeniami miliony Afrykanów z setek różnych, często skłóconych ze sobą grup etnicznych i rzucił ich w obcy, wrogim im świat. Podróż przez Atlantyk była aktem zbiorowej dehumanizacji, gdzie język, kultura i więzi rodzinne były brutalnie niszczone. Na miejscu, w obu Amerykach, system plantacyjny celowo mieszał ze sobą ludy o różnych językach i tradycjach, aby utrudnić organizację oporu, tworząc w ten sposób nową, tragiczną wspólnotę. To zderzenie nie było konfrontacją dwóch zorganizowanych społeczeństw, lecz jednostronnym aktem przemocy, w którym stworzono ideologię rasowej niższości czarnego człowieka, by usprawiedliwić swój proceder. Skutkiem tego nie był jednak całkowity kres afrykańskich kultur. Przetrwały one w formie oporu, opowieści, muzyki, kuchni i wierzeń religijnych, które stopiły się z elementami chrześcijaństwa, tworząc nowe tożsamości. Dziedzictwem tego procesu są głęboko zranione społeczeństwa, w których zaszczepiono ziarno przyszłych, ostrych konfliktów rasowych. Niewolnictwo stworzyło bowiem hierarchiczny system kastowy oparty na kolorze skóry, gdzie biały oznaczał pana, a czarny – własność. Ta głęboko zakorzeniona trauma, systemowa dyskryminacja i walka o równouprawnienie stały się jednym z najbardziej trwałych i bolesnych źródeł konfliktów społecznych w historii obu Ameryk, od powstań niewolników po ruch praw obywatelskich, a ich echa wciąż definiują politykę i stosunki społeczne w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Brazylia czy kraje Karaibów.

W 1857 roku w Indiach wybuchł konflikt, który stanowił kwintesencję zderzenia cywilizacji w epoce kolonialnej – Powstanie Sipajów, zwane też przez wielu Hindusów Pierwszą Wojną o Niepodległość. Choć bezpośrednim pretekstem do buntu żołnierzy armii Kompanii Wschodnioindyjskiej była plotka o nasączonych krowim i wieprzowym łojem nabojach, które obrażały uczucia religijne zarówno hindusów, jak i muzułmanów, to jego prawdziwe źródła tkwiły w głębokim, systemowym poczuciu krzywdy kulturowej, religijnej i narodowej. Przez dziesięciolecia Brytyjczycy metodą „dziel i rządź” pogłębiali antagonizmy między wspólnotami, ale ich własne działania – agresywna chrystianizacja, lekceważenie lokalnych obyczajów, likwidacja przywilejów dawnych elit i arogancka ingerencja w tradycyjne prawo własności – stworzyły wspólną płaszczyznę oporu dla dotąd skłóconych grup. Powstanie, które rozpoczęło się w mieście Meerut, szybko ogarnęło ogromne obszary północnych i środkowych Indii, a do sipajów dołączyli maharadżowie, chłopi i mieszkańcy miast, tworząc niejednolity, lecz potężny front. Była to prawdziwa eksplozja nagromadzonych napięć, w której stłamszona godność i tożsamość znalazły ujście w aktach ogromnej przemocy z obu stron – od rzezi dokonanych na brytyjskich cywilach w Delhi i Kanpur po bezlitosne, krwawe odwetowe egzekucje przeprowadzane przez Brytyjczyków. Choć powstanie upadło z powodu braku jednolitego przywództwa i ostatecznej przewagi militarnej Brytyjczyków, jego konsekwencje były przełomowe. Kompania Wschodnioindyjska została rozwiązana, a Indie przeszły pod bezpośrednie panowanie Korony Brytyjskiej. Paradoksalnie, krwawa łaźnia utrwaliła także brytyjski rasizm i strach przed dzikimi, prowadząc do zaostrzenia polityki segregacji, podczas gdy dla samych Hindusów powstanie stało się pierwszym, wspólnym mitem założycielskim indyjskiego nacjonalizmu, który – mimo późniejszego podziału na Indie i Pakistan – do dziś pozostaje świadectwem, jak głęboka i niszczycielska może być siła wyzwolona przez zderzenie kultur i religii, gdy ucisk narusza najświętsze sfery ludzkiej tożsamości.

Podczas gdy w Indiach gaszono Powstanie Sipajów, w Afryce rozgrywał się akt o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłych konfliktów etnicznych. W ciągu zaledwie kilku dekad pod koniec XIX wieku europejskie mocarstwa dokonały sztucznego podziału kontynentu, rysując na mapach proste linie, które nie miały żadnego pokrycia w historycznych, kulturowych ani politycznych realiach. Granice te, ustalane przy stołach w europejskich stolicach, były kwintesencją zderzenia cywilizacji. Arbitralna wola zewnętrznej siły, narzucona setkom zróżnicowanych i suwerennych ludów. To właśnie wtedy plemiona i królestwa, które przez wieki żyły w oddzieleniu, lub wręcz w konflikcie, zostały siłą wtłoczone w ramy jednej kolonii, podczas gdy inne, spójne kulturowo grupy, zostały rozdzielone między różne administracje. W Nigerii Brytyjczycy połączyli w jeden organizm południowe, głównie chrześcijańskie ludy Igbo i Joruba z północnymi, muzułmańskimi Hausa-Fulani, tworząc tykającą bombę etniczno-religijną, której wybuch w postaci wojny domowej nastąpił w XX wieku. W Południowej Afryce Brytyjczycy zmiażdżyli wojownicze królestwo Zulusów, a następnie, wraz z Burami, stworzyli system apartheidu, który był instytucjonalizacją rasowego i kulturowego zderzenia. W dzisiejszym Zimbabwe ludy Ndebele i Shona, o odmiennych historiach i strukturach społecznych, zostały zmuszone do współistnienia w ramach kolonii Rodezji. Kolonialna administracja często faworyzowała jedną grupę etniczną nad innymi, uzależniając od siebie lokalne elity i zaostrzając istniejące antagonizmy, by łatwiej kontrolować ogromne terytoria. Dziedzictwo tego okresu jest jednym z najbardziej trwałych i gorzkich źródeł współczesnych konfliktów. Sztuczne państwa, które odziedziczyły niepodległość w XX wieku, otrzymały w spadku nie wspólnotę narodową, lecz wewnętrznie podzielone społeczeństwa, w których rywalizacja o władzę i zasoby niemal automatycznie przybierała zabójczą formę konfliktu etnicznego, dowodząc, że linie narysowane atramentem mogą stać się w przyszłości liniami frontu, a przemoc kolonialna może zataczać kręgi długo po odejściu kolonizatorów.

W samym sercu I wojny światowej, gdy uwaga świata była zwrócona na okopy Europy, w Imperium Osmańskim rozegrał się akt ostatecznego, systematycznego zniszczenia, który stanowi ponure zwieńczenie wielowiekowego zderzenia na tle etnicznym i religijnym – ludobójstwo Ormian. Jego korzenie sięgały głęboko w historię osmańskiego systemu, w którym chrześcijańscy Ormianie, choć często postrzegani jako lojalna i pracowita społeczność, zajmowali pozycję obywateli drugiej kategorii, podatnych na dyskryminację i przemoc. Rosnące w XIX wieku aspiracje narodowowyzwoleńcze Ormian, podsycane przez interwencje mocarstw europejskich, spotkały się z krwawymi odporami ze strony sułtańskiego reżimu. Jednak to rok 1915 stał się momentem ostatecznego rozwiązania. Rząd Młodoturków, przekształcając się z wieloetnicznego imperium w nacjonalistyczne, homogeniczne państwo tureckie, uznał chrześcijańskich Ormian za wewnętrzną piątą kolumnę, sprzyjającą wrogiej Rosji. Pod pretekstem deportacji w głąb Syrii, przeprowadzono zaplanowaną operację eksterminacji. Elita ormiańska – intelektualiści, przywódcy duchowni i polityczni – została aresztowana i zamordowana w Stambule 24 kwietnia, co było symbolicznym początkiem ludobójstwa. Następnie setki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci zostało wypędzonych ze swych odwiecznych domów w Anatolii i zmuszonych do marszu śmierci przez pustynie. Wymierzona w nich była nie tylko przemoc żołnierzy i żandarmów, ale także głód, pragnienie oraz ataki specjalnie utworzonych gangów. Szacuje się, że życie straciło 1,5 miliona Ormian. Ten akt totalnego zniszczenia był nie tylko konfliktem o ziemię czy władzę. Był on próbą fizycznej eliminacji całej grupy etnicznej i religijnej, postrzeganej jako obca i nie do zasymilowania w projektowanej wizji nowoczesnego narodu tureckiego. Ludobójstwo Ormian pozostaje otwartą raną i przedmiotem gorących sporów politycznych, stanowiąc mroczne świadectwo tego, do jakiej otchłani okrucieństwa może prowadzić połączenie nacjonalizmu, uprzedzeń religijnych i państwowej machiny terroru w sytuacji kryzysu.

Powstanie Związku Radzieckiego w 1917 roku i trwająca do 1991 roku sowiecka dominacja nad „więzieniem narodów”, jak nazywano carskie imperium, stworzyły unikalny i ponury model konfliktu etniczno-kulturowego, w którym ideologia komunistyczna stała się narzędziem nowej formy kolonializmu wewnętrznego. Władza sowiecka, teoretycznie głosząca internacjonalizm i przyjaźń narodów, w praktyce prowadziła politykę bezwzględnej centralizacji, rusyfikacji i tłumienia jakichkolwiek przejawów odrębności narodowej. To zderzenie przybierało różne, brutalne formy. Dla narodów bałtyckich – Litwinów, Łotyszy i Estończyków – sowiecka okupacja od 1940 roku oznaczała brutalną likwidację niepodległości, masowe deportacje w głąb ZSRR i celowe niszczenie elit oraz tożsamości kulturowej, postrzeganej jako zagrożenie dla sowieckiej homogenizacji. Dla Polaków, poddanych represjom po agresji w 1939 roku, symbolem tego konfliktu stała się zbrodnia katyńska. Jednak najtragiczniejszy los spotkał narody uznane za zdradzieckie. W 1944 roku, pod fałszywym zarzutem kolaboracji z Niemcami, doszło do potwornego w swej skali aktu zbiorowej odpowiedzialności – masowych deportacji całych narodów, takich jak Tatarzy Krymscy, Czeczeni i Ingusze, do Kazachstanu i Azji Środkowej. W nieludzkich warunkach tracili oni życie dziesiątkami tysięcy, a ich kultury i struktury społeczne były celowo niszczone. Mimo rehabilitacji w czasach Chruszczowa, trauma tych wydarzeń do dziś kształtuje pamięć i relacje z Rosją. Z kolei narody Azji Centralnej – Kazachowie, Uzbecy, Tadżycy – poddane zostały przymusowej kolektywizacji, która zniszczyła ich koczowniczy tryb życia, oraz sztucznemu podziałowi granic, podsycającemu późniejsze konflikty regionalne. Opór przybierał formy zbrojnych powstań, tworzenia antykomunistycznych ruchów partyzanckich oraz biernego oporu poprzez kultywowanie języka, religii i tradycji. Upadek ZSRR w 1991 roku nie zakończył tych konfliktów, a jedynie uwolnił stłumioną energię, prowadząc do wojen czeczeńsko-rosyjskich oraz zamrożonych konfliktów na Kaukazie, stanowiących ponure dziedzictwo sowieckiej polityki narodowościowej, która zamiast scalać, siała ziarna nieufności i nienawiści na następne pokolenia.

Gdy II wojna światowa dobiegła końca, a Brytyjskie Imperium chyliło się ku upadkowi, na subkontynencie indyjskim doszło do jednego z najkrwawszych i najszybciej postępujących rozłamów w historii, który stanowił tragiczną kulminację wielowiekowego zderzenia hinduizmu i islamu. Podział Indii Brytyjskich w 1947 roku na dwa niezależne państwa – świeckie, lecz zdominowane przez hinduistów Indie i muzułmański Pakistan – nie był pokojowym rozwianiem napięć, lecz aktem politycznej chirurgii, która przecięła żywy organizm społeczny, wywołując niewyobrażalną katastrofę humanitarną. Ideologia dwóch narodów, głoszona przez Ligę Muzułmańską, głosiła, że hinduiści i muzułmanie są odrębnymi narodami, które nie mogą współistnieć w jednym państwie. Kiedy ogłoszono nowe, arbitralnie wytyczone granice, miliony ludzi stały po niewłaściwej stronie. Rozpętało się piekło. Wybuchły masowe pogromy, czystki etniczne i zemsty na niespotykaną skalę. Pociągi wiozące uchodźców często przybywały na stacje wypełnione trupami swoich pasażerów. Wsie i miasta, gdzie przez pokolenia społeczności żyły obok siebie, stały się areną rzezi. Szacuje się, że w ciągu zaledwie kilku miesięcy życie straciło od kilkuset tysięcy do miliona ludzi, a ponad 15 milionów zostało przymusowymi migrantami, tworząc niewyobrażalny ludzki exodus – hindusi i sikhowie uciekali z terenów Pakistanu do Indii, a muzułmanie podążali w przeciwnym kierunku. Trauma podziału nie była jedynie konfliktem o terytorium. Była to wojna o tożsamość i przynależność, w której sąsiedzi stawali się katami, a świątynie i meczety celem ataków. Dziedzictwo tego wydarzenia do dziś kształtuje politykę Azji Południowej, obciążając stosunki indyjsko-pakistańskie piętnem nieufności i konfliktu o sporne terytoria, takie jak Kaszmir, oraz pozostawiając głębokie blizny w pamięci zbiorowej obu narodów, stanowiące ponure świadectwo tego, jak głęboko zakorzenione napięcia religijne, wyzwolone przez decyzje polityczne, mogą w jednej chwili zniszczyć tkankę wielokulturowego społeczeństwa.

Konflikt izraelsko-palestyński, trwający od 1948 roku aż po dziś dzień, stanowi jeden z najbardziej złożonych i intratnych przykładów zderzenia grup etnicznych, narodowych i religijnych we współczesnej historii. Jego źródła sięgają końca kolonializmu, ruchu syjonistycznego dążącego do utworzenia państwa żydowskiego, oraz rosnącej narodowej świadomości Palestyńczyków. Proklamacja niepodległości Izraela w 1948 roku i wygrana wojna o niepodległość zapoczątkowały cykl wojen, masowych przesiedleń, okupacji terytorialnej i głębokiej wzajemnej nieufności. To zderzenie toczy się jednocześnie na wielu płaszczyznach. Jest to spór o ziemię i suwerenność między dwoma narodami, konflikt religijny między judaizmem, a islamem o święte miejsca Jerozolimy, oraz starcie cywilizacyjne między Zachodem, a światem arabskim. Kolejne wojny, okupacja Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, powstania oraz polityka osadnicza tworzyły spiralę przemocy, w której terrorystyczne ataki palestyńskie i często nieproporcjonalne odpowiedzi militarne Izraela pogłębiały traumę i żądzę odwetu po obu stronach. Współczesny konflikt, szczególnie po ataku Hamasu z 7 października 2023 roku, wszedł w niezwykle mroczny i kontrowersyjny rozdział. Działania militarne Izraela w Strefie Gazy, prowadzące do bezprecedensowej liczby ofiar śmiertelnych wśród cywilów, zniszczenia infrastruktury oraz katastrofy humanitarnej na masową skalę, spotkały się z oskarżeniami o łamanie prawa międzynarodowego i zarzutami o działania o charakterze ludobójczym, formułowanymi przez część społeczności międzynarodowej i organów ONZ. Izrael odrzuca te zarzuty, wskazując na prawo do samoobrony i cyniczne wykorzystywanie ludności cywilnej jako żywych tarcz przez Hamas. Ten najnowszy etap konfliktu boleśnie unaocznia, jak głęboko zakorzenione historyczne krzywdy, religijny fundamentalizm, narodowy nacjonalizm i geopolityczne interesy mogą się splatać, tworząc sytuację niemal nierozwiązywalną, w której cierpienie zwykłych ludzi staje się stałym, tragicznym elementem krajobrazu tego odwiecznego zderzenia.

Okres dekolonizacji Afryki w drugiej połowie XX wieku stał się bolesnym dowodem na to, że odzyskanie niepodległości politycznej nie zlikwidowało głęboko zakorzenionych konfliktów etnicznych i społecznych, które zostały wzmocnione lub wręcz stworzone przez kolonialne dziedzictwo. Nowe państwa, odziedziczywszy po Europejczykach sztuczne granice, stanęły przed niemal niemożliwym zadaniem zbudowania wspólnej tożsamości narodowej ze zlepka często skłóconych ze sobą ludów. W Nigerii wybuchła krwawa wojna domowa, gdzie próba secesji ludu Igbo zakończyła się klęską głodową i śmiercią milionów. W Kongu chaos po uzyskaniu niepodległości, interwencje zagraniczne i dyktatura Mobutu Sese Seko utrwaliły przemoc jako narzędzie władzy. W Sudanie północ zdominowana przez arabsko-muzułmańską elitę, od dziesięcioleci toczyła wojnę z czarnoskórymi, chrześcijańskimi i animistycznymi południowcami, co ostatecznie doprowadziło do secesji Sudanu Południowego w 2011 roku, nie kładąc kresu nowym konfliktom. Najbardziej ponurym przykładem manipulacji kolonialnymi podziałami była jednak Rwanda, gdzie belgijska polityka wzmocnienia pozycji Tutsi wobec Hutu zaowocowała w 1994 roku ludobójstwem, w którym ekstremiści Hutu zamordowali około 800 tysięcy Tutsi i umiarkowanych Hutu. Równolegle do tych wydarzeń, w Republice Południowej Afryki rozgrywał się inny, zinstytucjonalizowany model konfliktu – apartheid. Wprowadzony formalnie w 1948 roku, był on systemem prawnego utrwalenia suprematystycznej władzy białej mniejszości nad czarną większością oraz innymi grupami kolorowymi. Apartheid był kwintesencją zderzenia ras i kultur poprzez ustawy o rejestracji ludności, grupowych obszarach mieszkaniowych i osławionych przejściach fizycznie separował grupy etniczne, pozbawiając czarnych mieszkańców praw politycznych, ekonomicznych i społecznych, a jednocześnie wykorzystując ich pracę. Opór, reprezentowany przez Afrykański Kongres Narodowy i takie postaci jak Nelson Mandela, był brutalnie tłumiony przez państwową przemoc, aż do upadku systemu na początku lat 90. i pierwszych wolnych wyborów w 1994 roku. Zarówno dekolonizacja, jak i apartheid ukazują dwie strony tego samego medalu. Trwałość kolonialnych podziałów oraz zdolność systemowej przemocy do kształtowania relacji między grupami na długie dziesięciolecia, pozostawiając po sobie społeczeństwa zmagające się z traumą, nierównościami i wyzwaniami prawdziwego pojednania.

Wojna domowa w Libanie (1975-1990) stanowiła ponure laboratoryum, w którym wielowiekowe zderzenia etniczno-religijne na Bliskim Wschodzie wybuchły z niespotykaną intensywnością, przekształcając niegdyś kwitnący kraj w symbol skomplikowanego i samonapędzającego się konfliktu. U jego podstaw leżała delikatna, precyzyjnie wyważona, lecz głęboko sztuczna struktura polityczna, oparta na porozumieniu narodowym z 1943 roku, które dystrybuowało władzę między główne wspólnoty wyznaniowe zgodnie z ówczesną proporcją ludności. Prezydentem miał być chrześcijanin, premierem sunnita, a przewodniczącym parlamentu szyita. Ten system, zwany konfesjonalizmem, utrwalił tożsamość religijną jako główny wyznacznik przynależności politycznej i społecznej. Do lat 70. krucha równowaga została zachwiana przez szereg czynników. Dynamiczny przyrost naturalny społeczności szyickiej, która poczuła się marginalizowana w stosunku do swojej rosnącej liczebności, obecność zbrojnych oddziałów Organizacji Wyzwolenia Palestyny, które po wydarzeniach „Czarnego Września” w Jordanii stworzyły w Libanie państwo w państwie, zaogniając stosunki z Izraelem, oraz głębokie podziały wśród samych chrześcijan co do wizji przyszłości kraju. Iskrą, która zapoczątkowała piętnastoletni koszmar, był incydent w kwietniu 1975 roku, gdy w odwecie za zamach na kościół członkowie chrześcijańskich Falang ostrzelali autobus z palestyńskimi bojownikami. Konflikt szybko wymknął się spod kontroli, przekształcając się w wielostronną, kalejdoskopową wojnę wszystkich ze wszystkimi. Nie była to jedna linia podziału, lecz sieć zmieniających się sojuszy i frontów. Chrześcijanie przeciwko Palestyńczykom, szyici przeciwko Palestyńczykom, druzowie przeciwko maronitom, a nawet frakcje chrześcijańskie pomiędzy sobą. Do tego doszły interwencje zewnętrzne. Syria, początkowo jako siła mediacyjna, szybko stała się okupantem, a Izrael dokonał inwazji w 1982 roku, dążąc do zniszczenia OWP, co zaowocowało jednymi z najczarniejszych kart wojny – masakrami w obozach palestyńskich Sabra i Szatila, dokonanymi przez sojusznicze Izraelowi oddziały chrześcijańskie. Wojna domowa w Libanie była konfliktem, w którym religia i etniczność nie były jedynie tłem, lecz bezpośrednim paliwem i celem walki, a przemoc stała się jedynym językiem komunikacji między wspólnotami, które utraciły jakąkolwiek wspólną wizję Libanu jako jednego narodu.

Rozpad Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii w latach 90. XX wieku stał się jednym z najbardziej wstrząsających i brutalnych przykładów tego, jak szybko wieloetniczna mozaika, utrzymywana w ryzach przez silną, autorytarną władzę, może przekształcić się w arenę ludobójstwa i czystek etnicznych, gdy ta władza osłabnie. Wojny jugosłowiańskie (1991-1999) były konfliktem, w którym historia, religia i nacjonalizm splotły się, by stworzyć wybuchową mieszankę. Głęboko zakorzenione urazy z czasów II wojny światowej, takie jak ludobójstwo serbskie popełnione przez chorwackich ustaszy, zostały wyciągnięte z lamusa historii i wykorzystane przez nacjonalistycznych przywódców do rozpalania strachu i nienawiści. Konflikt ten nie był jednolitą wojną, lecz serią starć, w których główną linią podziału była przynależność etniczna i religijna. Prawosławni Serbowie stanęli przeciwko katolickim Chorwatom, a obie te grupy przeciwko zislamizowanym Słowianom – Bośniakom. W Bośni i Hercegowinie, która stała się głównym miejscem tej tragedii, wielowiekowe współistnienie społeczności zostało rozerwane przez politykę wielkiej Serbii i wielkiej Chorwacji, której narzędziem stały się systematyczne czystki etniczne, obozy koncentracyjne, masowe gwałty jako narzędzie terroru oraz masakry cywilów uznane za ludobójstwo. To nie była wojna o zasady polityczne, lecz o ziemię i etniczną homogenizację. O to, by poprzez terror i mord usunąć przeciwników z terytoriów uznawanych za historycznie własne. Kolejnym aktem tego dramatu był konflikt o Kosowo, gdzie albańska większość, dążąc do niepodległości, spotkała się z brutalnymi represjami ze strony serbskich sił bezpieczeństwa, co doprowadziło do interwencji NATO w 1999 roku. Wojny jugosłowiańskie odsłoniły ponurą prawdę o sile nacjonalizmu i tym, jak łatwo sąsiedzi, którzy dotąd żyli obok siebie, mogą stać się dla siebie śmiertelnym zagrożeniem, a wielokulturowość, zamiast być bogactwem, może stać się wyrokiem. Był to konflikt, który zmusił Europę do spojrzenia w głąb własnego, nie tak odległego, mrocznego lustra.

W nowym tysiącleciu, gdy świat zwracał uwagę na wojnę z terroryzmem, w sercu Afryki trwały i wybuchały z nową siłą konflikty, których korzenie sięgają kolonialnej spuścizny i głębokich podziałów na linii etniczno-religijnej oraz ekonomicznej. Tragedia Sudanu i jego regionów – Darfuru oraz Sudanu Południowego – stanowi jaskrawy przykład tego, jak walka o kurczące się zasoby, podsycana przez polityczne manipulacje, przekształca się w ludobójstwo i bratobójcze rzezie. W Darfurze, począwszy od 2003 roku, konflikt wybuchł na tle rywalizacji między głównie koczowniczymi, arabskojęzycznymi plemionami pasterskimi a osiadłymi, rolniczymi społecznościami afrykańskimi. Spór o ziemię i wodę został bezwzględnie wykorzystany przez rząd w Chartumie, zdominowany przez arabską elitę. W odpowiedzi na powstanie ruchów rebelianckich, władze udzieliły wsparcia i wyposażyły arabskie milicje Dżandżawid, które przeprowadziły kampanię terroru na niespotykaną skalę – paląc wioski, mordując mężczyzn i dokonując masowych gwałtów na kobietach. Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania ówczesnego prezydenta Sudanu, Omara al-Baszira, zarzucając mu zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo. Równolegle, na południu kraju, wieloletnia wojna domowa między muzułmańską północą a chrześcijańsko-animistycznym południem zakończyła się w 2005 roku porozumieniem pokojowym, które dało Południowcom prawo do samostanowienia. W 2011 roku Sudan Południowy ogłosił niepodległość, stając się najnowszym państwem świata. Jednak euforia nie trwała długo. Sztuczne granice kolonialne i głębokie wewnętrzne podziały etniczne doprowadziły w 2013 roku do wybuchu krwawej wojny domowej, w której zbrodnie etniczne stały się codziennością. Konflikty te, zarówno w Darfurze, jak i w Sudanie Południowym, udowadniają, że uzyskanie niepodległości nie leczy chorób kolonializmu. Są one ponurym continuum, w którym walka o władzę i zasoby przybiera formę czystek etnicznych, a różnice kulturowe i religijne są instrumentalizowane, aby podzielić społeczności i utrwalić cykl przemocy, pozostawiając miliony ludzi w stanie permanentnego kryzysu humanitarnego i ucieczki przed śmiercią z rąk sąsiadów.

Początek XXI wieku wyznaczyła nowa, globalna faza zderzenia cywilizacji, która przybrała formę tzw. wojny z terroryzmem po atakach z 11 września 2001 roku. Ten konflikt, w swojej istocie, jest głębokim starciem ideologicznym i religijnym pomiędzy radykalnym islamem (w wydaniu takich organizacji jak Al-Kaida czy Państwo Islamskie), a zachodnimi, liberalno-demokratycznymi wartościami. Dla dżihadystów Zachód reprezentuje nie tylko obcą interwencję militarną w świecie muzułmańskim, ale także zagrożenie dla tożsamości religijnej poprzez globalizację, sekularyzm i zepsute wartości moralne. Ich działania terrorystyczne, takie jak zamachy w Madrycie, Londynie, Paryżu czy Brukseli, mają na celu nie tylko zadanie jak największych strat materialnych i ludzkich, ale także wywołanie strachu, podsycanie nieufności i wymuszenie polaryzacji społeczeństw Zachodu. To zderzenie nie toczy się jednak wyłącznie na polach bitew Bliskiego Wschodu. Jego najbardziej destrukcyjnym przejawem jest wewnętrzny rozłam w społeczeństwach wielokulturowych. Zamachy przeprowadzane przez rodzimych, często zradykalizowanych obywateli, postawiły pod znakiem zapytania modele integracji imigrantów i ich potomków. W odpowiedzi na terroryzm nasiliły się ruchy populistyczne i ksenofobiczne, które w całej muzułmańskiej diasporze widzą piątą kolumnę, co z kolei prowadzi do stygmatyzacji i marginalizacji tych społeczności, tworząc błędne koło alienacji i radykalizacji. Ten konflikt jest zatem wyjątkowo złożony. Jest jednocześnie geopolitycznym starciem mocarstw, wojną domową w łonie islamu między różnymi odłamami, oraz wewnętrznym kryzysem tożsamości Zachodu, zmuszonego do balansowania między wolnością, a bezpieczeństwem oraz między otwartością, a pragnieniem ochrony własnej kultury. W odróżnieniu od wielu historycznych konfliktów, to zderzenie nie ma jasno określonych frontów. Jest rozproszone, hybrydowe i toczy się zarówno w sferze fizycznej, jak i przede wszystkim – w sferze idei, symboli i ludzkich umysłów.

W cieniu globalnej wojny z terroryzmem, w Mjanmie rozgrywa się jeden z najbardziej jaskrawych i przejmujących współczesnych konfliktów etniczno-religijnych, w którym buddyjska większość, wspierana przez państwo i nacjonalistycznych mnichów, dopuszcza się czystek i systemowych prześladowań wobec muzułmańskiej mniejszości Rohingya. Ten konflikt, którego eskalacja nastąpiła po 2012 roku, a kulminację miała w brutalnych operacjach czyszczących armii birmańskiej w 2017 roku, stanowi ponure studium tego, jak religia i etniczność mogą zostać wykorzystane do pozbawienia podstawowych praw całej grupy ludzi. Rohingya, zamieszkujący głównie stan Arakan na zachodzie kraju, są przez władze i znaczną część społeczeństwa birmańskiego postrzegani jako nielegalni imigranci z Bangladeszu, pomimo ich wielopokoleniowej obecności na tych terenach. Ustawodawstwo z 1982 roku oficjalnie pozbawiło ich obywatelstwa, czyniąc z nich jedną z największych na świecie grup bezpaństwowców, pozbawionych dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej i swobody przemieszczania. Nacjonalistyczna retoryka, podsycana przez buddyjskich duchownych, jak wpływowy mnich Ashin Wirathu, przedstawia Rohingya jako zagrożenie dla czystości rasowej i narodowej tożsamości Mjanmy, co skutkowało wybuchami przemocy międzyetnicznej i zmuszaniem setek tysięcy ludzi do ucieczki z domów. Odpowiedzią armii birmańskiej na ataki ze strony grupy rebelianckiej ARSA w 2017 roku była kampania o charakterze ludobójczym, obejmująca masowe mordy, gwałty i palenie całych wiosek, która zmusiła do ucieczki do Bangladeszu ponad 700 tysięcy Rohingya, tworząc gigantyczne i tragiczne w warunkach obozy uchodźców. Ten konflikt jest głęboko zakorzeniony w kolonialnej historii regionu, konkurencji o ziemię i zasoby, a także w buddyjskim nacjonalizmie, który po dziesięcioleciach militarystycznych rządów stał się wyznacznikiem birmańskiej tożsamości. Międzynarodowe trybunały oskarżyły Mjanmę o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości i ludobójstwa, jednak przemoc i systemowy ucisk trwają, ukazując bezsilność świata wobec jednej z najciemniejszych kart współczesnych relacji międzygrupowych, gdzie różnica wiary i pochodzenia stała się wyrokiem śmierci, wygnania i trwałego wykluczenia.

Inwazja na Irak w 2003 roku i obalenie reżimu Saddama Husajna zadziałały jak młot rozbijający sztucznie sklejone naczynie, uwalniając na zewnątrz stłumione przez dziesięciolecia konflikty etniczne i religijne, które do dziś definiują tragiczny los tego kraju. Dyktatura Saddama, oparta na wąskiej elicie sunnickiej, przez lata brutalnie tłumiła aspiracje szyickiej większości oraz dążenia niepodległościowe Kurdów na północy. Amerykańska interwencja, podsycając głęboką niechęć szyitów do dawnych ciemiężycieli oraz otwierając przestrzeń dla długo wyczekiwanej autonomii Kurdów, radykalnie przebudowała iracką scenę polityczną. Nowy system, oparty na podziale władzy według klucza wyznaniowo-etnicznego, zamiast budować jedność, utrwalił podziały, zamieniając politykę w arenę walki o wpływy i zasoby między trzema głównymi grupami. Sunnici, pozbawieni uprzywilejowanej pozycji, czuli się marginalizowani i wykluczeni, co stworzyło żyzny grunt dla powstania i rozwoju sunnickiej rebelii, która ostatecznie przekształciła się w potwora w postaci Al-Kaidy w Iraku, a później Państwa Islamskiego. Dla ISIS wewnętrzny konflikt w Iraku był idealnym polem do realizacji ich ekstremistycznej wizji, a ich okrucieństwa wobec szyitów, Jezydów i chrześcijan stanowiły kwintesencję religijnie motywowanej czystki etnicznej. Z kolei Kurdowie, wykorzystując chaos, umacniali swoją autonomię w Regionie Kurdystanu, dążąc do niepodległości, co prowadziło do napięć z centralnym rządem w Bagdadzie, a nawet otwartych starć zbrojnych o sporne, bogate w ropę tereny, jak Kirkuk. Irak po 2003 roku stał się więc poligonem doświadczalnym dla najgorszych scenariuszy zderzenia tożsamościowego. Wojny domowej sunnitów z szyitami, walki o suwerenność między Arabami, a Kurdami oraz ludobójczych działań terrorystycznego quasi-państwa, które wykorzystało te podziały do własnych celów.

Od około 2010 roku Europa stała się epicentrum nowego, wewnętrznego zderzenia kultur, wywołanego przez dwie, często ze sobą powiązane fale. Masową migrację z krajów ogarniętych wojną i ubóstwem, zwłaszcza z Syrii, Afganistanu i Afryki, oraz ataki terrorystyczne inspirowane przez radykalny islam. Ten wieloaspektowy kryzys wystawił na próbę europejskie modele wielokulturowości, integracji i otwartych granic, prowadząc do głębokich napięć społecznych i politycznej polaryzacji. Z jednej strony, przybycie setek tysięcy uchodźców i migrantów obnażyło humanitarne wartości Starego Kontynentu, spotykając się z ogromną falą solidarności. Z drugiej jednak, nagłe, intensywne napotykanie się na tak dużą skalę grup o głęboko odmiennych normach kulturowych, stosunku do religii i wzorcach społecznych, wywołało w części społeczeństw europejskich lęk, niepewność i poczucie zagrożenia tożsamości. Kulminacją tego strachu były brutalne ataki terrorystyczne. Te wydarzenia posłużyły ekstremistom po obu stronach barykady. Dżihadyści chcieli dowieść, że współistnienie jest niemożliwe, a zachodni populiści wykorzystywali je do głoszenia antyimigracyjnej i antyislamskiej retoryki, zyskując coraz większe poparcie. Równolegle, w tle tych głośnych aktów przemocy, tliły się chroniczne problemy trudnej integracji. Zamieszki na przedmieściach francuskich miast, regularnie wstrząsające krajem, są wyrazem frustracji i wykluczenia społeczno-ekonomicznego drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów, którzy często żyją w gettach biedy, czując się odrzuceni przez resztę społeczeństwa. Podobne napięcia, podsycane przez gangi przestępcze i problemy z przestrzeganiem prawa, widoczne są w Niemczech czy Szwecji. Europa znalazła się zatem w potrzasku między koniecznością humanitarnego działania, a realnymi wyzwaniami związanymi z integracją, między obroną swobód obywatelskich a zapewnieniem bezpieczeństwa, oraz między wizją wielokulturowego społeczeństwa a rosnącymi w siłę ruchami nacjonalistycznymi. Ten okres jest bolesnym procesem weryfikacji, czy różnorodność może być siłą, czy też stanie się źródłem niekończących się konfliktów i wewnętrznych podziałów w sercu Zachodu.

Współczesna polityka Federacji Rosyjskiej stanowi jaskrawy przykład neoimperialnego zderzenia, w którym kwestie etniczne, kulturowe i religijne są instrumentalnie wykorzystywane do legitymizacji agresji i utrzymania dominacji. Ten konflikt ma wymiar zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Wewnątrz Rosji, pomieszana z sowiecką spuścizną, trwa polityka forsowania tzw. rosyjskiego świata, opartego na dominacji języka i kultury rosyjskiej, co skutkuje marginalizacją setek mniejszości etnicznych, od Tatarów przez narody Syberii po ludy Kaukazu Północnego. Symbolem oporu przeciwko tej asymilacji były dwie krwawe wojny czeczeńskie, w których Rosja, pod pretekstem zachowania integralności terytorialnej, dokonała niemal całkowitego zniszczenia Groznego i dopuściła się licznych zbrodni wojennych, by złamać dążenia niepodległościowe Czeczenów. Jednakże prawdziwą kwintesencją tego zderzenia jest pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, rozpoczęta w 2014 roku aneksją Krymu i eskalowana do wojny totalnej w 2022 roku. Agresja ta jest podszyta głęboko zakorzenionym, rosyjskim przekonaniem o kulturowej i historycznej wyższości oraz negacją odrębności ukraińskiej tożsamości. Kremlowska propaganda, sięgając po retorykę o denazyfikacji i ochronie ludności rosyjskojęzycznej, jawnie odrzuca prawo Ukrainy do suwerennego bytu, przedstawiając ją jako sztuczny twór i integralną część jednej ruskiej narodowości. Wojna ta ma zatem charakter nie tylko geopolityczny, ale także cywilizacyjny i etniczny. Jej celem jest fizyczne zniszczenie ukraińskiej państwowości, ale także wymazanie jej odrębności kulturowej – poprzez zakaz używania języka ukraińskiego na okupowanych terenach, niszczenie ukraińskich bibliotek, muzeów i zabytków, oraz przymusową adopcję ukraińskich dzieci do Rosji. To zderzenie między ukraińskim projektem państwa europejskiego, opartego na obywatelstwie i wolności, a rosyjskim modelem imperium, opartym na etnicznej dominacji i autorytarnej władzy, stało się najostrzejszym frontem konfliktu wartości w dzisiejszej Europie. Brutalna inwazja udowadnia, że w XXI wieku nacjonalizm i imperialne ambicje, podszyte religijnym mesjanizmem Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, wciąż mogą być siłą napędową ludobójczych działań, w których negacja tożsamości jest preludium do jego fizycznej eliminacji.

W samym sercu Azji, w regionie Sinciang, rozgrywa się jeden z najbardziej ponurych i systematycznych współczesnych konfliktów na tle etnicznym i religijnym, w którym potęga państwa totalitarnego skierowana jest na wymazanie tożsamości całej grupy ludności. Od 2014 roku, a zwłaszcza po 2017, komunistyczne Chiny prowadzą w Sinciangu politykę, którą określa się mianem walki z ekstremizmem, a która w praktyce jest zakrojoną na niespotykaną skalę akcją asymilacji i kulturobójstwa wymierzoną w muzułmańską mniejszość Ujgurów oraz inne grupy tureckie, takie jak Kazachowie. Ten konflikt jest głęboko zakorzeniony w historycznym napięciu między osiadłymi, buddyjsko-hanajskimi Chinami, a koczowniczymi, tureckojęzycznymi ludami Wielkiego Stepu, które dziś przybrało formę zderzenia z scentralizowanym, bezwzględnym państwem policyjnym. Rząd chiński, obawiając się separatyzmu i wpływów islamskiego radykalizmu w strategicznym i bogatym w surowce regionie, wdrożył tam system obozów reedukacyjnych, które – według zeznań ocalałych i dokumentów – są w rzeczywistości obozami koncentracyjnymi, gdzie przetrzymuje się ponad milion ludzi. W obozach tych Ujgurowie są poddawani praniu mózgu, zmuszani do wyrzeczenia się swojej wiary, języka i zwyczajów, uczenia się na pamięć propagandy partii komunistycznej oraz śpiewania pieśni ku czci przewodniczącego Xi. Na zewnątrz, w społeczeństwie, trwa polityka demograficzna mająca na celu rozbicie ujgurskiej spójności etnicznej poprzez masowe przymusowe sterylizacje i aborcje kobiet, a także osiedlanie w regionie milionów etnicznych Hanów, co zmienia jego strukturę demograficzną. Meczeety i inne miejsca kultu są masowo burzone lub pozbawiane symboli religijnych, a tradycyjne ujgurskie imiona i nazwiska są zastępowane chińskimi. Ten konflikt jest kwintesencją zderzenia w warunkach absolutnej władzy. Jest to starcie między monolitową, ateistyczną i nacjonalistyczną ideologią partii komunistycznej a wielowiekową, odrębną tożsamością opartą na islamie, języku tureckim i poczuciu odrębności historycznej. Działania Chin w Sinciangu, spotykające się z oskarżeniami o zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo kulturowe, stanowią mrożący krew w żyłach przykład tego, jak w XXI wieku zaawansowana technologia, inwigilacja i potęga państwa mogą zostać wykorzystane nie do wojny o terytorium, lecz do totalnej wojny z duszą narodu, której celem jest ostateczne i bezpowrotne zatarcie wszelkiej różnorodności w imię chorej wizji jednolitego, posłusznego imperium. Mimo przytłaczających dowodów i oskarżeń o ludobójstwo ze strony państw zachodnich i organizacji praw człowieka, społeczność międzynarodowa pozostaje w dużej mierze bezsilna, ukazując granice globalnego systemu ochrony praw człowieka wobec gospodarczej i politycznej potęgi Chin.

Przemierzając tę długą i mroczną drogę – od upadku epoki brązu po policyjne państwo w Sinciangu – stajemy przed przytłaczającą, lecz nieuniknioną konkluzją. Zderzenie grup etnicznych, kulturowych i religijnych nie jest jedynie epizodem w dziejach, lecz fundamentalną, nieusuwalną cechą ludzkiej natury zorganizowanej w społeczeństwa. Ta historyczna perspektywa nie prowadzi do optymistycznych wniosków o możliwości harmonijnego współistnienia. Przeciwnie, dostarcza ona miażdżących dowodów na to, że jest ono w dłuższej perspektywie niemożliwe.

Lekcja płynąca z tej ponurej kroniki jest brutalnie prosta. Po pierwsze, uczy nas czujności wobec naiwnej wiary w wielokulturowość, która ignoruje biologiczne i psychologiczne uwarunkowania ludzkich zbiorowości. Człowiek jest istotą plemienną – jego tożsamość i poczucie bezpieczeństwa buduje się w oparciu o „my” kontra „oni”. Próby zbudowania społeczeństwa na fundamencie radykalnej różnorodności są jak budowanie zamku na piasku. Mogą przez chwilę sprawiać wrażenie trwałości, lecz są skazane na porażkę w momencie pierwszego poważnego kryzysu, kiedy to pierwotne lojalności plemienne biorą górę nad sztucznie narzuconymi strukturami.

Po drugie, historia pokazuje, że okresy względnego pokoju między grupami – jak w Al-Andalus, niektóre momenty w historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów czy początki istnienia Imperium Osmańskiego – były jedynie chwilowym zawieszeniem broni, wymuszonym przez żelazną rękę silnego reżimu lub względną równowagę sił. Gdy tylko ta zewnętrzna presja słabła, głęboko zakorzenione animozje, różnice światopoglądowe i walka o zasoby wybuchały ze zdwojoną siłą. Różnice kulturowe i religijne nie są bowiem jedynie bogactwem, jak chciałaby liberalna narracja. Są one przede wszystkim źródłem nieprzekraczalnych granic, odmiennych systemów wartości i konkurencyjnych wizji świata, które nieuchronnie prowadzą do konfliktu.

Ludzie instynktownie lgną do sobie podobnych, a obcość postrzegają jako zagrożenie dla swojej tożsamości, zasobów i bezpieczeństwa. To nie jest wada systemu, którą można naprawić – to jest rdzeń systemu. W obliczu tego faktu, polityka twardej segregacji, jakkolwiek kontrowersyjna, wydaje się często mniej kosztowna społecznie niż utopijne dążenie do integracji, które prędzej czy później kończy się przemocą. Kronika ludzkich dziejów nie jest opowieścią o tym, jak pokonywać podziały, lecz o tym, jak nimi zarządzać, by minimalizować szkody. Próba zaprzeczenia tej ponurej rzeczywistości jest igraniem z żywiołem, który – jak pokazuje 5000 lat historii – zawsze w końcu wygrywa.

FACEBOOK Polub, udostępnij i subskrybuj!