Please or Zarejestruj się to create posts and topics.

METRO KREW I ZOMBIE

tinygarden.me metro krew i zombie

Wszędzie ciemność. Czuję, że jestem w stanie nieważkości w jakiejś głębokiej, czarnej pustce. Jest mi zimno. Musiałem z jakiegoś powodu stracić przytomność. Próbuję usiąść, ale jakaś niewidzialna siła przytrzymuje moje ciało. Wydaje mi się, że przez ułamek sekundy widziałem cień o niejasnym kształcie przypominającym człowieka. Panikuję i zamykam oczy. Czas zwalnia tak bardzo, że nie wiem, czy minęła minuta, czy dziesięć. Cisza. Co ja tutaj robię?

Postanawiam otworzyć oczy. Czuję ostry, kłujący ból głowy. Wyciągam rękę i przesuwam ją po mojej łysinie. Brud z krwią i ból gdy trafiam palcami na postrzępione krawędzie czegoś, co z pewnością musi być poważną raną głowy. Część skóry oderwała się i wisi nad uchem, ale nie krwawi zbyt mocno. Wygląda na to, że doszło do zakrzepu, ale powinienem jak najszybciej zgłosić się do lekarza. Poruszam lekko rękami. Podkurczam kolana i krzywię się, czując tu i ówdzie drobne ukłucia bólu, ale z ulgą stwierdzam, że nie są złamane. Prawy bok boli bardziej, jakbym niedawno został rzucony na niego ze znaczną siłą. Gdzie ja jestem?

Siedzę pod wilgotną, chłodną ścianą. Chyba z kamienia. Na podłodze jest mnóstwo mokrego błota, a wokół mnie leży sporo potłuczonego szkła. W powietrzu czuć dym, zapach palonego plastiku. Do tego coś przypominającego palące się włosy. Ogólnie rzecz biorąc, trochę trudno mi oddychać. Jest bardzo ciemno, ale widzę słaby blask wydobywający się z ogromnej masy czegoś przede mną. Gdy dłużej się jej przyglądam, widzę, że jest to wrak wagonu metra, a może nawet dwóch wagonów. Zatykają ciemny tunel, w którym się znajduję. Blask, który wydobywa się z wnętrza rozbitych wagonów to prawdopodobnie oświetlenie wyjść awaryjnych. Co tu się stało?

Myślę wstecz, ale nie mogę pokonać bólu głowy. Moja pamięć jest cała zamglona. Polacy zasługują na wolną Wigilię! W tym roku wypada w niedzielę handlową, ale wszystkie sklepy będą zamknięte. Cholerne niedziele handlowe. Wiedziałem, że robienie zakupów dzień przed Wigilią to nie będzie dobry pomysł. Mogłem zamówić online, a tak siedzę w metrze. W błocie i krwi. Patrzę w prawo. Zamykam oczy i próbuję złapać oddech. Trochę dalej ode mnie coś zobaczyłem. Chyba powyginane ciało bez głowy. Kurwa! Zaczynam się poważnie trząść. Dlaczego nic nie pamiętam? Czy oglądanie takich rzeczy nie powinno przywołać wspomnień, czy coś? Co tu się stało?

Powinienem znaleźć coś, czym mogę zabandażować głowę. Mógłbym użyć koszulki. W filmach to działa. Nie, nie będę się teraz rozbierał i siedział tu goły. Głowa musi poczekać. W kieszeni mam klucze i portfel. Przy kluczach jest płaski brelok z białą diodą LED. Latarką to on nie jest, ale czuję minimalny komfort kiedy oświetlam ziemię koło siebie. Jakiś grzechot. Coś się poruszyło we wraku wagonu przede mną. Długi, wyjący jęk. Boję się. Wyłączam brelok i przestaję się ruszać. Czekam. Właśnie zauważyłem, że przestałem też oddychać. Co tam hałasuje? Nie chcę ujawniać, że tu siedzę. Już nie słyszę tego dźwięku. Może to jakaś uwięziona albo ranna osoba? Co mam robić?

Siedzę w ciemności i czekam. Ktoś musi wiedzieć o wypadku i lada moment przybędzie ratunek. Mamy środek grudnia, a ja siedzę w koszulce. Gdzie moja kurtka? Gdzie mój telefon? Jeżeli jechałem metrem, to na pewno pisałem do małżonki. Pewnie go upuściłem podczas wypadku. Co tu się stało? Dlaczego nic nie pamiętam? Siedzę w ciemności i czekam. Czy mija kolejna minuta, czy godzina? Zaczynam czuć się słabo i kręci mi się w głowie. Boli mnie prawy bok. Może powinienem spróbować znaleźć pomoc, zamiast siedzieć tu i krwawić? Ktokolwiek jest we wraku, nadal wydaje się żyć. Od czasu do czasu jęczy bezsensownie. Co mam robić?

Podciągam się ostrożnie w kierunku osoby, która chyba jest uwięziona we wraku. Wspinam się po zapadniętej ścianie przewróconego wagonu, spoglądam na dół i widzę coś przerażającego. Wagony metra i ciała ofiar są zmiażdżone, zmieszane ze sobą, tworząc krwawy bałagan, od którego żołądek mi się skręca. Odcięte kończyny i połamane zwłoki walają się po złomie, a jedno szczególnie makabryczne ciało zostało dosłownie rozerwane i rozrzucone na dużym ohydnym obszarze. Szczególnie przerażający szczegół, który zauważyłem to krwawe ślady szurających stóp, poruszających się po tym bałaganie i kierujących się w stronę przodu wraku pociągu. Co tu się stało?

Znów słyszę jęk, więc podążam za nim do miejsca, w którym dwa wagony zderzyły się bokami. Mężczyzna jest uwięziony pomiędzy tymi jednostkami tuż powyżej pasa. Nie mam pojęcia, jak może jeszcze żyć, skoro obrażenia wyglądają na poważne. Stąd tego nie widzę, ale wyobrażam sobie, że prawdopodobnie odcięło mu miednicę i nogi i teraz tylko nacisk złączonych ze sobą wagonów powstrzymuje jego wnętrzności przed wypadnięciem. Mężczyzna wygląda, jakby był w szoku i jęczy, od czasu do czasu wciąż próbując się wyrwać, ale bez skutku. Zauważam dużo krwi wokół jego ust i gardła. Pewnie wypluwa ją od czasu, gdy został unieruchomiony. Co mam robić?

Ten mężczyzna i tak niedługo umrze. Cud, że jeszcze żyje. Omijam go i poruszam się szybko w kierunku pierwszego wagonu metra. Muszę ignorować krwawy bałagan wokół mnie i pulsujący ból obrażeń głowy, przedostając się przez wraki, które wypełniają tunel. Po drodze wszędzie widzę martwe ciała wbite w poskręcany metal, każde bardziej makabryczne od poprzedniego. Niepokoi mnie także to, że porozrzucane są niezwykle duże ilości wnętrzności. Wątpię, czy tak wiele osób mogłoby zostać wypatroszonych jednocześnie w wyniku, co prawda makabrycznego, ale jednak tylko wypadku kolejowego. Nie jestem pewien, a na pewno nie chce podchodzić wystarczająco blisko, ale niektóre ciała wyglądają, jakby zostały niedawno zaatakowane przez szczęki dzikich zwierząt. Idąc dalej, zauważam także dużą liczbę krwawych śladów zmierzających w tym samym kierunku, w którym idę. W końcu docieram do przodu metra, którym zapewne jechałem. Wyobrażam sobie, że kiedy doszło do kraksy, zostałem wyrzucony przez okno. Przy lądowaniu musiałem uderzyć się w głowę, przez co straciłem przytomność na nie wiadomo jak długo. Niedaleko mnie wystaje ramie jednej z ofiar. Zabieram jej zegarek. Wygląda na to, że nadal działa i wskazuje godzinę 20:35. Jeśli to prawda, a na zakupy zazwyczaj chodzę przed południem, musiało minąć około dziesięciu godzin. Cholera, lepiej nie będę odpoczywał, dopóki nie dotrę do szpitala, bo inaczej mogę się już nie obudzić. Znalazłem też jakiś telefon komórkowy. Nadal działa, ale nie potrafię go odblokować. Zresztą tu, w tunelu, nie ma sygnału. Patrząc na pierwszy wagon, widzę, że jest całkowicie spłaszczony pod tylnymi wagonami innego pociągu. Wygląda to tak, jakby pierwszy pociąg zatrzymał się na torach, a mój w jakiś sposób wjechał w jego tył z dość dużą prędkością. Kontynuuję przedzieranie się, ostrożnie mijam rozrzucone wagony, mając przed oczami tę samą scenę rzezi, aż w końcu docieram na początek pierwszego pociągu. W przeciwieństwie do poprzedniego pierwszy wagon tego metra jest stosunkowo nienaruszony. Na samym przodzie jest zapewne sterownia, w której mam nadzieję, znajdę przynajmniej apteczkę. Nie wiem, co tam trzymają, ale jeśli będę miał szczęście, może jakieś działające radio. Kiedy się zbliżam, widzę, że wszystkie krwawe ślady stóp opuszczają pociąg w tym miejscu i podążają tunelem. Szybko jednak znikają w ubitym błocie i ciemności. Podążanie za nimi nie będzie problemem, mam tu tylko jeden kierunek, chyba że zawrócę i pójdę w przeciwnym kierunku?

Nie wiem, co robić. Najpierw przeszukam sterownię. Później mogę podążać tunelem i oświetlać sobie drogę znalezionym telefonem komórkowym. A co jeśli natknę się na zwierzęta, które porozdzierały te wszystkie ciała? Czy powinienem opuszczać złomowisko? Drzwi do sterowni są zamknięte, ale mogę wyjść na zewnątrz i wyciągnąć rozbite resztki przedniej szyby, mógłbym tak wejść do środka. Kiedy pociąg został uderzony od tyłu, wagony zderzyły się ze sobą i zsunęły niemal bokiem w dół tunelu, wpadając na siebie, aż pierwszy zaklinował się w wąskim miejscu i spowodował ogromny zator. Wchodząc do sterowni, widzę, że maszynista został przygnieciony przodem wagonu, gdy ten uderzył w bok tunelu i tam utknął. Staram się nie przyglądać zbyt blisko kałuży krwi i ciału tego człowieka. Rozglądam się i widzę na jednej ze ścian mapę linii metra. Ten pociąg jechał do miasta, zanim się rozbił. To by miało sens, ponieważ podróżowałbym z domu na przedmieściach do sklepów w mieście. Przerzucam trochę bałaganu i znajduję dobrze zaopatrzoną apteczkę, mocną latarkę, łom, kilka flar sygnalizacyjnych, dużą gaśnicę i o dziwo działające radio CB. Jest tu też torba z książkami maszynisty, w której znajduje się jego śniadanie. Nie będzie mu jej szybko brakowało, a ja akurat potrzebuję coś zjeść. Właściwie jestem zaskoczony, że smakuje tak dobrze. Jem to w małym pomieszczeniu w towarzystwie potwornie zmasakrowanych zwłok. Po posiłku owijam rany bandażem, połykam kilka tabletek przeciwbólowych i oczywiście nie śpię. Jestem pewien, że nie chcę tu zasnąć. Zdecydowanie nie czuję się bezpiecznie w tym tunelu śmierci. Pakuję do torby apteczkę, latarkę i flary sygnalizacyjne, biorę łom w dłoń i włączam CB Radio. Niestety nie jest przenośne, ale muszę spróbować wezwać pomoc. Zastanawiam się nad wzięciem dużej gaśnicy, ale nie jestem pewien, czy będzie użyteczna. Może poczekać aż będę gotowy do wyjścia, więc pomyślę po wypróbowaniu radia.

Po chwili bez odpowiedzi na bieżącym kanale próbuję wywołać inne. Upływają długie minuty, a ja sprawdzam wszystkie kanały po kolei. Po prawie godzinie dochodzę do numeru 29 i jak za każdym razem wzywam pomocy. "Czy ktoś mnie słyszy, miałem wypadek w metrze..." mówię zrezygnowany.

"Mówi Joachim Podwalny z Komisariatu Policji Metra Warszawskiego." słyszę w głośniku! "Uh, nazywam się Grzegorz..." powoli się przedstawiam, ale emocje mnie prawie rozsadzają. "Jestem w rozbitym wagonie metra w tunelach, nie wiem gdzie dokładnie. Wszyscy na pokładzie albo nie żyją, albo gdzieś poszli!". Po drugiej stronie komunikatora słyszę niezręczną pauzę, po czym znów włącza się głos funkcjonariusza Podwalnego, powolny i ponury. "Słuchaj Grzegorz, nie da się tego łatwo powiedzieć, ale całe miasto zwariowało. Tak jak ten pociąg tam na dole. Dziś rano na Placu Trzech Krzyży wypuszczono jakiś rodzaj terrorystycznej broni biologicznej. Trujący gaz, albo wirus. Powoduje, że osoby narażone cierpią na objawy przypominające śmierć, a następnie wariują z kanibalistycznej wściekłości. Tak jak w filmach! Jedyną szansą na obronę jest uderzenie ich w głowę i zniszczenie mózgu. Poza tym, jeśli zostaniesz ugryziony przez któregoś z nich, masz około dziesięciu minut, zanim sam się przemienisz. Nie zostałeś ugryziony, prawda?" pyta, czekając na odpowiedź. "Nie!" mówię szybko, nie chcąc stracić jedynego kontaktu z żywą osobą. "No dobrze" kontynuuje Podwalny. "Oto co musisz zrobić. Spróbuj dotrzeć do najbliższej stacji i wyjdź z metra. W całym mieście dochodzi do awarii sieci komórkowych, elektrycznych, gazowych, wodociągów i kanalizacji. Najgorsze co mogłoby Cię spotkać to wybuch gazu albo zalane tunele. Najważniejsze, o czym musisz pamiętać, to unikanie kontaktu z zarażonymi. Cały czas będziesz zdany tylko na siebie". Bardziej niż trochę zaniepokojony jakimś planem chodzenia samotnie po ciemnych tunelach, w których czają się wygłodniałe, kanibalistyczne półtrupy odpowiadam "Uh, rozumiem". "Dobrze, kiedy już wyjdziesz, możesz spróbować dotrzeć na nasz komisariat. Jest jak forteca. Dobrze uzbrojony, więc nie musisz się martwić. W tej okolicy jest pełno zakażonych na ulicach. Zachowaj ostrożność. Jesteś dobry w bieganiu?" zadał ciekawe pytanie, przecież zostałem ranny w głowę. Biegać chyba umiem. "Myślę, że sobie poradzę z bieganiem. A co ze szpitalami? Potrzebuję pomocy dość szybko". "Nie, nie idź do żadnego szpitala!" krzyknął, chyba najgłośniej jak potrafił. "Wszystkie są opanowane przez zakażonych. Mamy tutaj środki medyczne oraz pielęgniarzy. Przyjdź tutaj, a my Ci pomożemy. Słyszysz?". Jeszcze nie do końca pewny co chcę zrobić, odpowiadam "Tak, dziękuję za informację".

Po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że mam teraz wiele rzeczy do rozważenia. Jeśli miasto naprawdę jest opanowane przez półżywe trupy, to do przetrwania będę potrzebował czegoś więcej niż łomu. Oraz prawdziwej pomocy lekarskiej. Na komisariacie mają jedno i drugie więc chyba pójdę w kierunku, w którym jechało moje metro. Potem muszę dotrzeć na przedmieścia do mojego domu i rodziny. Zastanawiam się, czy są bezpieczni. Czy atak dotarł też tam? Może problem jest tylko w mieście? A co jeśli rozprzestrzeni się dalej? Czy to jedyne miasto, które zostało zaatakowane? Za dużo pytań. Oglądam mapę linii metra na ścianie sterowni. Widzę, że komisariat jest całkiem blisko, jakieś półtora kilometra od ronda ONZ. Zakładam, że to najbliższa stacja, nie znam dobrze Warszawy, przeprowadziliśmy się niedawno z Krakowa do Piaseczna i dopiero poznajemy stolicę. Do domu mam około 25 kilometrów. Teraz, jeżeli gdzieś się nie pomyliłem, muszę iść przed siebie i dojdę do stacji przy rondzie. Mój nowy zegarek pokazuje 21:15. Opuszczam rozbity pociąg metra i ostrożnie poruszam się przez cichą ciemność tunelu, kierując się dalej w głąb miasta. Po dwudziestu minutach bezproblemowej, acz bardzo powolnej podróży, nagle słyszę z przodu ciche jęki i czuję, jak moje serce zaczyna bić szybciej. Naprawdę chcę zgasić światło i ukryć się, ale muszę iść, muszę coś widzieć! Szykuję łom i ustawiam latarkę w stronę źródła dźwięku. Widzę dwie zniekształcone osoby. Prawdopodobnie są to jedni z pasażerów metra. Czołgali się, ale teraz wstają powoli i patrzą w moją stronę. Oczywiście te półżywe trupy natychmiast reagują na światło i głośno warczą, rozpoczynając niezdarny chód w moją stronę. Jeden z nich wygląda jak biznesmen w niegdyś eleganckim garniturze, druga to nastolatka z długimi włosami w kolorze piaskowego blondu, ubrana w luźne dżinsy i T-shirt w paski. Mężczyzna wygląda całkiem nieźle, ale nastolatka ma dużą ranę na brzuchu, przez którą widać część jej wnętrzności. Właściwie nie widać na niej żadnych ugryzień, a rozcięcie wygląda raczej jak otrzymane w wypadku kolejowym. Zastanawiające, jak do cholery ludzie stają się półżywymi trupami, ale tak naprawdę nie mam czasu, aby poświęcić temu więcej uwagi. Dobrze, że zabrałem ze sobą tę ciężką gaśnicę. Wyciągam zawleczkę i przygotowuję się na atak. Zupełnie jak na filmach. Może uda mi się obsypać ich proszkiem z gaśnicy i zmylić na tyle długo, żebym zakończył sprawę łomem. Czekam, aż się zbliżą, i pociągam za spust, powodując gwałtowny podmuch białego proszku. Powietrze wokół wypełnia się chmurą tej substancji. Nastolatka, jeżeli mogę użyć tego określenia, zatrzymuje się zdezorientowana bodźcami, podczas gdy drugi półżywy trup wpada na jej plecy i popycha ją do przodu, po czym potyka się o tor i pada wprost u moich stóp. Nie marnując tej przewagi, z całej siły uderzam spodem ciężkiej gaśnicy w głowę nastolatki. Makabryczna plama mokrej krwi rozpryskuje się po moich goleniach. Zmuszam się do zignorowania odrazy wywołanej takim widokiem i chwytam za łom. Tymczasem biznesmen atakuje mnie z zaskakującą szybkością, rzucając się do przodu i próbując mnie chwycić. Próbuję go uderzyć, ale jest już tak blisko, że jedyne co mogę zrobić, to wcisnąć łom między nas, zanim będzie mógł wgryźć się zębami w moją szyję. Czy gdziekolwiek indziej.

Niestety, jeden koniec łomu wbija się w mostek półżywego trupa i dziwnie blokuje. Zupełnie jak na filmach! Nie chcę stracić swojej jedynej broni przeciwko losowi gorszemu niż śmierć, więc trzymam go i próbuję nogą odepchnąć potwora. Nagle to nieszczęsne stworzenie wbija zęby w moje ramię, wyrywając postrzępiony kawałek mięsa. Nie mogę powstrzymać się od krzyku! Bardziej w nagłej panice o życie niż z bólu. Po ugryzieniu moje ramię nagle traci czucie, a łom wyślizguje mi się powoli z ręki. Nie udało mi się uwolnić go z ciała półżywego trupa i wciąż trzymam w uścisku. Wpadam w panikę i podnoszę drugą stopę, aby odepchnąć stworzenie obiema nogami, wypychając je do tyłu nad ciałem martwej nastolatki, podczas gdy sam upadam na ziemię z niezdarnym łoskotem. Cholera! Nie marnując ani chwili, zrywam się i biegnę do półżywego trupa, zanim zdąży się wyprostować. Łom wciąż tkwi w jego piersi. Chwytam jedyną inną opcję, czyli zbryzganą krwią gaśnicę i z ręki rzucam nią w potwora. Rozlega się głośny brzęk i gaśnica odbija się od niego. Patrząc ze zdziwieniem, zdaję sobie sprawę, że nieumyślnie trafiłem gaśnicą w wystającą część łomu, wbijając końcówkę głębiej w klatkę piersiową półżywego trupa i dalej w ziemię poniżej. Usiłuje on wstać, warcząc wściekle, ale utkwił mocno w ziemi. Zabieram się do pracy nad głową nieszczęsnego pasażera metra, trzymając w dłoniach zakrwawioną i wgniecioną, ciężką gaśnicę. To rzeź. Wolałbym więcej tego nie robić. Po skończeniu pochylam się, aby opróżnić żołądek. Gaśnica wygląda na zużytą, nie warto już jej dźwigać. Lepiej ją tu zostawię. Znów ostrożnie poruszam się przez cichy tunel, ale uważnie nasłuchuję wszelkich odgłosów. Wolałbym być gdziekolwiek indziej na świecie niż tutaj, a pokusa, żeby po prostu się poddać, położyć i umrzeć, jest niemal przytłaczająca. Nigdy nie byłem podatny na ataki lęku i paniki, ale to gówno doprowadza mnie do szału.

Po podróży, która według mnie trwała co najmniej godzinę, patrzę na zegarek i widzę, że nie minęło nawet trzydzieści minut. Czas leci inaczej, kiedy dobrze się bawię. Kurwa! Po kolejnych pięciu minutach brnięcia zaczynam mieć wrażenie, że widzę przed sobą przyćmione światło. Z pewnością jest to matowa, biała poświata, być może stacja? Mam nadzieję. Cokolwiek to jest, wciąż jesteś daleko. Dobre pół kilometra. Idę w stronę światła na końcu tunelu, ale wydaje mi się, że ono w ogóle się nie zbliża. Cholera! Jak daleko to jest? Wtedy zdaję sobie sprawę, że ostatnio szedłem z oporami, bardziej potykając się do przodu. Na pewno nie był to spacer. Wszystkie mięśnie mam napięte, jestem niewiarygodnie słaby i zmęczony, jakby rany i zmęczenie w końcu uderzyły mnie jednocześnie. Zatrzymuję się na chwilę i opieram o ścianę tunelu, akurat w chwili gdy zakręciło mi się w głowie i prawie straciłem przytomność. Nieźle. Widzę światełko w tunelu, a teraz zemdleję i zostanę pożarty przez wędrujące stwory. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest efekt zarażenia, w końcu zostałem ugryziony. Czy naprawdę umrę i powstanę jako potwór pożerający mózgi? Fuj. Nigdy nie podobało mi się jedzenie móżdżków wieprzowych. Tak samo jak innych obrzydliwych rzeczy, które ludzie czasami jedzą. Cholera, nie połknąłbym nawet sushi. Tak, będę naprawdę eleganckim półżywym trupem, dławiącym się mózgami innych ludzi.

Po kolejnym przebłysku utraty przytomności desperacko rozglądam się po tunelu w poszukiwaniu schronienia, w którym mogę usiąść i umrzeć w spokoju. Wolę być zjedzony przez zombie po śmierci, niż dać zjeść się żywcem. Nie znajduję niczego wartościowego, jedynie stary arkusz ciężkiej sklejki oparty o ścianę tunelu. Nie mając nic więcej i świadomość, że w każdej chwili mnie dopadnie przemiana, daję sobie radę najlepiej, jak potrafię. Wyciągam spód sklejki kilka stóp od ściany tunelu, tworząc miejsce, za które mogę się wczołgać. Wchodzę do środka i gaszę światło. Leżę na ziemi, ukryty za prowizorycznym schronieniem. Mam gorączkę, podczas gdy ból rany głowy i napięcie mięśni walczą o pierwszeństwo z pieczeniem w miejscu ugryzienia. Mam lekkie zaburzenie świadomości. Przynajmniej gdybym zasnął i się nie obudził, nie musiałbym przez to teraz przechodzić. Mój umysł wiruje, chaotycznie przeskakując pomiędzy przerażającymi scenami rzezi, której świadkiem byłem, a połową wspomnień o mojej rodzinie, które udają, że wracają, ale potem wyparowują, zanim mój umysł zdoła się ich chwycić. Zdaję sobie sprawę, że palące napięcie we wszystkich mięśniach osiągnęło całkowity paraliż – nie mogę nawet poruszać palcami ani zamykać oczu. Leżę tam całkowicie sztywny, nie mogąc się ruszyć, aż nawet wzrok mi się zamazuje.

Nie jestem pewien, jak długo tak leżę, odchodząc i tracąc świadomość, aż nagle zauważam, że znowu widzę wyraźnie i mrugam. Słyszę także sygnał alarmu, który skądś dobiega. Potem nagle rozluźniają się wszystkie mięśnie mojego ciała i czuję, że jestem mokry od potu. Moja gorączka zniknęła i nie czuję już pieczenia w całym ciele, a nawet w miejscu, gdzie ugryzł mnie ten potwór. Teraz po prostu odczuwam ból w starym dobrym stylu. Patrzę na zegarek i widzę, że jest 5:00. O tej porze zwykle wstaję rano, żeby przygotować się do pracy. Sygnał alarmu! Zdaję sobie sprawę, że włącza się w moim nowym zegarku! Szybko go wyłączam i chwytam łom, mając nadzieję, że ten dźwięk nie przyciągnął w moją stronę żadnych przemienionych. Wypełzam zza schronu, żeby posłuchać i rozglądam się po tunelu. Myślę, że wszystko w porządku, a ja? Wyglądam chyba normalnie, nie jak chodzący, półżywy trup, jak się spodziewałem. Szybko wykonuję obliczenia w swojej głowie. Matematyka bez problemu. Jestem pewien, że te potwory nie znają matematyki. Małe błogosławieństwo.

Patrząc wzdłuż tunelu metra, wciąż widzę światełko na jego końcu. Zbliżam się więc do tego otworu, który wpada do dużej podziemnej stacji metra. Moje serce prawie się zatrzymuje, gdy słyszę odbijający się echem hałas dużej masy półżywych trupów. Unoszę się w ciemności, ostrożnie przesuwając do przodu na tyle, aby zajrzeć do środka. Na oko ponad stu byłych pasażerów metra, wszyscy zostali pewnie uwięzieni w tłumie w godzinach szczytu i nie mogli uciec. Połowa na samym peronie, połowa na torach. Te na torach wyglądają na dużo bardziej okaleczone, większość pewnie przyszła po katastrofie metra, którą ja akurat przeżyłem lub nawet innych wypadków, które miały miejsce dalej. Jęczą i warczą na siebie, przepychając się i tłocząc w stronę krawędzi platformy, bezskutecznie próbując wspiąć się na podest. Jak tylko któremuś udaje się chwycić, to reszta próbuje wspiąć się po jego grzbiecie i szybko ściąga go z powrotem w dół. Zombie, czy jakkolwiek można je nazwać, jeszcze mnie nie widzą i wątpię, czy usłyszą przez hałas, chyba że zrobię coś, co celowo przyciągnie ich uwagę. Stacja jest duża i wyłożona kafelkami, z wysokim sklepionym sufitem i dużym billboardem z reklamą ze Świętym Mikołajem. Widzę, że światło pochodzi z dużej liczby lamp awaryjnych, rozmieszczonych na szczytach ścian. Tuż za zatłoczonym placem są dwa wyjścia. Pierwsze to bramka obrotowa na końcu peronu, z ruchomymi schodami prowadzącymi w górę. Drugie wyjście to zwykłe schody, też prowadzące do góry. Oba znajdują się dokładnie za wszystkimi półżywymi trupami. W zewnętrznej ścianie tunelu naprzeciwko platformy widzę obskurne, czerwone metalowe drzwi. Choć światło nie jest zbyt mocne, mogę dostrzec na jego powierzchni słowa: "Tylko dla personelu!".

Stojąc w cieniu, rozglądam się dookoła siebie. Zauważam długi na metr kawałek ciężkiej deski, leżący na ziemi w miejscu, w którym mógłbym wyjść z tunelu. Muszę uważać, żeby się o nią nie potknąć, gdy będę gotowy do wyjścia. Kurwa, tu jest od cholery zombie! Zastanawiam się nad opcjami – zwykłe schody na drugim końcu platformy raczej nie wchodzą w grę – zdecydowanie za dużo półżywych trupów, aby przejść obok. Wolę o tym nie myśleć. Następna jest bramka obrotowa z ruchomymi schodami po drugiej stronie. Problem w tym, że aby dostać się do schodów, muszę wskoczyć na platformę z setkami zombie, dotrzeć do bramki obrotowej i zablokować ją, zanim mnie pożrą. Jest jeszcze kwestia tego, że bramka jest jednokierunkowa. Jeśli po drugiej stronie znajdują się potwory, nie będę mógł wrócić tą samą drogą, którą przyszedłem. Dostęp do czerwonych drzwi po drugiej stronie tunelu miałbym znacznie łatwiejszy, ale jeśli zostanę wykryty, zombie na torach ruszą za mną i zablokują mi drogę z powrotem. Nie wiem nawet, czy są zamknięte, czy w ogóle dokądkolwiek prowadzą – z tego, co wiem, mogą to być po prostu drzwiczki dostępu do sprzętu – choć tak sobie myślę, że potrzebne jest jakieś wyjście awaryjne, ale to jest Polska, może nie być wyjścia awaryjnego.

Mogę też spróbować w ogóle przemknąć obok tej hordy, bo jest trochę rozproszona i kontynuować podróż tunelami w stronę centrum miasta. Jeśli jednak pozostałe stacje będą takie jak ta, to prędzej czy później będę musiał uporać się z wydostaniem się z tuneli. Mogę również po prostu zawrócić i wrócić drogą, którą przyszedłem i zamiast pchać się głębiej, spróbować całkowicie opuścić miasto. Co mam robić? Cholera! Oddychając głęboko i uspokajając nerwy, wychodzę z cienia i nonszalancko idę w stronę stacji wzdłuż przeciwległej ściany, mając nadzieję, że zombie mnie nie zauważą – może jeżeli będę poruszał się wystarczająco wolno, nawet pomyślą, że jestem jednym z nich?

Jestem mniej więcej w połowie drogi do czerwonych drzwi i zauważam, że przykułem uwagę niektórych półżywych trupów na platformie, podczas gdy te na torach wciąż patrzą w inną stronę, nadal wdrapując się bezsensownie na peron. Jednak te, które mnie zobaczyły, idą w moją stronę i dołączają do nich inne! Powoli dotarły do krawędzi platformy. Na razie idę tym samym tempem, nie chcąc ściągnąć na siebie potworów na torach. Niestety te, które zobaczyły mnie na platformie, spadają z krawędzi wprost na zombie stłoczone poniżej. Na razie robi się tam mały chaos, ale kiedy staną na nogi, wszystkie na pewno mnie zauważą. To tylko kwestia chwili, zanim cały tabun zombie będzie mnie ścigał! Przyspieszam nieco, ale walczę z pokusą sprintu. Obawiam się, że zaalarmuję zombie, które aktualnie są odwrócone ode mnie – co na razie utrudnia postęp innym zmierzającym w moją stronę. Powoli docieram do czerwonych drzwi, reszta półżywych trupów w końcu się odwraca i cała masa idzie, czołga i nawet pełźnie za mną z jękiem przypominającym głód. Widzę, że drzwi nie mają zamka i wydają się być szczelnie zamknięte. Ciągnę za uchwyt, ale drzwi są chyba zablokowane z drugiej strony. Oglądając się przez ramię, widzę, jak zombie szybko się do mnie zbliżają. Biorę łom, wbijam go pod drzwi na wysokości uchwytu i podważam z całej siły. Ku mojej wielkiej uldze i równie wielkim zaskoczeniu drzwi otwierają się z zardzewiałym skrzypieniem. Spieszę się i zamykam je za sobą, dokładnie w chwili, gdy potwory zbliżają się i próbują mnie dosięgnąć. Co za emocje. Zupełnie jak w filmach!

Słyszę, jak zombie po drugiej stronie ciągną drzwi i drapią ich powierzchnię. W tej chwili mogę tylko stać, trzymając je zamknięte przed wygłodniałymi potworami po drugiej stronie. Rozglądam się szybko, widzę, że znajduję się w przestrzeni pomiędzy tunelami metra prowadzącymi na północ i południe. Podobne czerwone drzwi znajdują się w ścianie naprzeciwko mnie i widnieje na nich napis "Tunel Południowy", podczas gdy na drzwiach, które aktualnie zamykam, widnieje napis "Tunel Północny". Domyślam się, że stacja południowa i peron metra znajdują się po drugiej stronie przeciwległych drzwi i prawdopodobnie są tak samo opanowane przez zombie, jak stacja północna. W moim zasięgu znajduje się także duża kolekcja nieznanych mi narzędzi i maszyn oraz gigantyczna szpula staromodnego płóciennego węża strażackiego. Nie widzę hydrantu, do którego mógłbym podłączyć wąż, ale jest tu topór strażacki na ścianie niedaleko ode mnie, obok dużej gaśnicy! Na najbardziej odległej ścianie, nad otwartymi drzwiami widzę zielony podświetlony znak z białą strzałką, która wskazuje schody. Wyjście awaryjne! Wiedziałem!

Pierwszą rzeczą, którą muszę zrobić, to zabezpieczyć drzwi, które trzymam. Mogę przełożyć łom przez uchwyt drzwi, aby solidnie zaryglować je od wewnątrz, albo użyć topora strażackiego w podobny sposób. W sumie mogę też po prostu je puścić i biec w stronę schodów. Kurde, nie wiem. Waham się! Rygluję drzwi łomem i ostrożnie odsuwam się od nich, gdy mam już pewność, że wytrzymają. Przychodzi mi do głowy, żeby zabezpieczyć też drugie drzwi. Poświęcam chwilę, żeby się rozejrzeć. Za jedną z maszyn leży kilka krótkich, starych żelaznych rur. Biorę dwie i nie tylko zabezpieczam przeciwległe drzwi, ale wymieniam też łom przy pierwszych drzwiach na żelazną rurę. Z powrotem mam swój łom! Teraz gdy zaryglowałem już oba wyjścia na perony, nie muszę się martwić, że zombie przez nie wejdą. Jednak nadal pozostają otwarte drzwi i schody prowadzące na górę, a kto wie, ile półżywych trupów jest na szczycie tych schodów? Ponieważ jest to obecnie moje jedyne wyjście, przychodzi mi do głowy, żeby najpierw rozglądnąć się na schodach, zanim spędzę tu więcej czasu. Poświęcam także chwilę na rozważenie możliwości noszenia łomu i topora strażackiego. Obydwa są przydatne, ale ciężkie i nie chcę się zbytnio obciążać. Jestem już zmęczony, a wolałbym się szybko poruszać, kiedy zajdzie taka potrzeba. Łom oferuje nieco większą użyteczność niż topór, ale ma mniejszy zasięg. Jestem jednak całkiem pewien, że topór strażacki jako broń zada większe obrażenia, ale po oglądnięciu dziesiątek filmów, z łatwością wyobrażam sobie, że utknie w czaszce zombie, jeśli nie będę ostrożny. Co mam wybrać?

Rozglądając się, znajduję kilka przedmiotów, które mogą mieć potencjalne zastosowanie. Pierwszą rzeczą jest działający zlew na jednej ze ścian. Wiem, że woda w rurociągach może być skażona w wyniku katastrofy obejmującej całe miasto, ale tak głęboko pod ziemią prawdopodobnie jest bezpieczna. Podejmuję ryzyko i piję, aż jestem całkiem pełny. Potem, po spryskaniu trochę twarzy, znajduję zwój liny na stosie starych plandek. Lina jest trochę ciężka, ale okazuje się, że z łatwością mogę przerzucić ją przez ramię i stwierdzam, że warto ją mieć. Większość plandek jest zbyt duża, aby nadawały się do użytku, ale pod stosem znalazłem mniejszą, która jest w dobrym stanie i mogę ją zabrać ze sobą. Znajduję też stosunkowo czysty kawałek płótna i odrywam kilka pasków, które mogę wykorzystać jako bandaże na rany. Rozważam oczyszczenie rany na głowie w zlewie, ale dochodzę do wniosku, że zaschnięta krew to prawdopodobnie jedyna rzecz, która chroni mnie przed wykrwawieniem się na śmierć, więc zostawię ją w spokoju, tylko owinę trochę paskiem płótna.

W rogu znajduje się automat z Pepsi. Wygląda, jakby dawno o nim zapomniano i nie ma już w nim napojów, ale na podłodze obok znajdują się trzy puste butelki. Napełniam je wodą i zatykam zwiniętymi paskami. Patrząc na ciężki topór strażacki, dużą gaśnicę i całą resztę sprzętu, który chcę ze sobą zabrać, stwierdzam, że naprawdę nie warto ich dźwigać. Zbieram swój sprzęt, przygotowuję łom i ostrożnie idę w kierunku schodów, nie chcąc dać się zaskoczyć. Sama klatka schodowa jest ciemna, oświetlenie awaryjne zaczyna przygasać. Korzystając z latarki, upewniam się, że pod schodami nic się nie czai, po czym ruszam w górę. Schody prowadzą na szczyt. Światło wpada tu przez małe okienko w zamkniętych stalowych drzwiach – jedynym wejściu na klatkę schodową. Podchodzę do drzwi. Patrząc przez okno, po drugiej stronie widzę długi korytarz z oświetleniem awaryjnym. Po obu stronach znajduje się kilka drzwi, niektóre otwarte, inne zamknięte, podczas gdy to, co zostało z dwóch zmasakrowanych zwłok, zaśmieca korytarz zachlapany krwią. W pewnym momencie półżywy trup wyłania się z jednych drzwi i błąka bez celu po korytarzu, oddalając się ode mnie.

W korytarzu prowadzącym od zabezpieczonej klatki schodowej znajdują się biura. Prawdopodobnie należą do obsługi metra. Idąc powoli korytarzem, przeglądam krótko każde z nich, ale nie znajduję niczego szczególnie przydatnego. Widok niektórych biurek ze zdjęciami bliskich przypomina mi o mojej rodzinie. Mam nadzieję, że wszyscy jeszcze żyją. Szkoda ludzi w tych biurach. Wątpię, czy ktokolwiek wydostał się stąd, zanim został rozszarpany przez zombie albo stał się jednym z nich.

Na końcu korytarza znajduje się małe rozgałęzienie. Po prawej stronie korytarz kończy się kolejnymi drzwiami antywłamaniowymi, te jednak są uszkodzone, zwisają z dolnego zawiasu lekko wygięte na zewnątrz. Po lewej stronie natomiast prowadzi do toalet na drugim końcu.

Podchodzę do rozbitych drzwi antywłamaniowych, uważnie zaglądam i widzę główny korytarz metra. Szerokie betonowe wejście i rząd wąskich bramek obsługiwanych na monety. Niestety zebrała się tam ogromna masa zombie, zarówno przed bramkami jak i po drugiej stronie wejścia. Tłumię odruch wymiotny, bo zapach krwi i innych płynów ustrojowych jest tu przytłaczający. Na podłodze głównego korytarza leżą setki rozerwanych i pogryzionych ciał w lepkich kałużach krwi pełnej robaków i much. Zmuszam się do zignorowania przyprawiającej o mdłości masakry i przyjrzenia się bardziej istotnym szczegółom tej sceny.

Pomiędzy mną a wyjściem po prawej stronie znajdują się schody. Tabliczka nad schodami brzmi "Peron północny". Raczej pewne, że dotarłbym nimi z powrotem na opanowany przez potwory peron metra w kierunku północnym, skąd niedawno uciekłem. Po lewej stronie główny korytarz metra ciągnie się trochę dalej i kończy na kolejnych schodach, po których kręci się znacznie mniejsza grupa półżywych trupów. Tabliczka nad tymi schodami brzmi "Peron południowy". Bez wątpienia tak samo opanowany przez zombie, jak północny. Bezpośrednio po drugiej stronie głównego korytarza znajduje się dwoje drzwi. Pierwsze z napisem "Ochrona metra". Obok nich jest ogromne rozbite okno, tworzące szerokie wejście do środka. Z framugi okna wisi zakrwawione ciało ochroniarza, a tylna połowa jego głowy najwyraźniej została rozrzucona po okolicy w wyniku postrzału. Pod oknem leży potłuczone szkło i zakrwawiony stos zwłok. Niektóre z ciał też mają ogromne dziury w głowach. W samym pomieszczeniu ochrony widzę co najmniej trzy zombie stojące bezczynnie pośród zepsutych i martwych monitorów bezpieczeństwa.

Drugie drzwi mają oznaczenie publicznych toalet dla mężczyzn i kobiet. Biorąc pod uwagę okoliczności, muszę wykluczyć wyjście tą stroną budynku. Nie ma mowy, żebym przedarł się przez te wszystkie potwory. Rozerwałyby mnie na strzępy jak wszystkich innych nieszczęśników, którzy teraz zaśmiecają podłogę. Nie ma też sensu wracać na którykolwiek peron metra. To byłoby samobójstwo. Pozostaje mi tylko wrócić drogą, którą przyszedłem i spróbować znaleźć inne wyjście. Myślę, że zanim to zrobię, uda mi się przekraść do martwego ochroniarza i zdobyć broń. Biorąc pod uwagę odległość między obiema grupami zombie, szacuję, że mogę to szybko załatwić, zanim tu dotrą gdyby mnie zauważyły.

Kucam nisko i powoli odchodzę od rozbitych drzwi bezpieczeństwa, przechodząc przez główny korytarz w stronę stosu trupów leżących koło biura ochrony. O dziwo, wydaje mi się, że zombie jeszcze nie zauważyły ​​mojej obecności i jestem w stanie szybko dotrzeć do rozbitego okna. Kucając pod framugą, słyszę półżywe trupy w pomieszczeniu ochrony po drugiej stronie, jęczące i kręcące się powoli. Poruszając się bardzo wolno, ryzykuję spojrzeniem przez ramę okna. Za trzema potworami, na tyłach pomieszczenia ochrony, znajdują się kolejne drzwi, ale są uchylone i przez chwilę widzę ruch po drugiej stronie. Bez wątpienia więcej zombie. Patrząc na stosy trupów u moich stóp, widzę, że jest osiem ciał i że wszystkie mają na sobie kilka ukąszeń, ale wygląda na to, że faktyczną przyczyną ich śmierci lub w zależności od przypadku, ponownej śmierci – była jedna lub więcej ran postrzałowych w głowę. Pośród krwi, widzę leżący w pobliżu pistolet ochroniarza i ostrożnie go podnoszę. Zwykła broń, chyba, za bardzo się na nich nie znam. Wyjmuję magazynek i wygląda na to, że ochroniarz oszczędził sobie kilka naboi! Biorę pistolet i zaczynam wracać głównym korytarzem w stronę rozbitych drzwi antywłamaniowych, na których nawiasem mówiąc, w tym momencie widać napis "Punkt Obsługi Pasażerów".

Obserwuję grupę kilkunastu zombie, które znajdują się najbliżej mnie i poruszam się, gdy wszystkie wydają się być odwrócone plecami. Chęć biegu jest silna, ale zmuszam się do powolnego przejścia przez szeroki korytarz z rękami powyginanymi jak u tych potworów, na wypadek, gdyby coś tak głupiego faktycznie zadziałało. Jestem mniej więcej w połowie korytarza, widzę, że jeden z zombie mnie zauważył. Nie jęczy głośno i nie rzuca się do przodu, jak się spodziewałem, ale po prostu opuszcza stado i zaczyna powoli pełzać w moją stronę, jakby nigdzie się nie spieszył. Drugi zdaje się reagować na jego odejście i również zaczyna za nim podążać, podczas gdy reszta nie zwraca na to uwagi. Cholera! Prawie udało mi się to zrobić niezauważonym. Teraz mam dwa półżywe trupy, które zbliżają się do mnie, ale przynajmniej nie szarżują. Mój umysł krzyczy "Uciekaj, ratuj życie", podczas gdy zdrowy rozsądek podpowiada "Idź dalej powoli".

Przechodzę przez rozbite drzwi i wychodzę na korytarz. Wiedząc, że dwa zombie idą za mną, muszę przygotować jakąś zasadzkę. Kiedy pojawiają się za rogiem, widzę, że są albo raczej były kobietami. Trochę zachwiało to moją wiarą w to, że po tak długim czasie z żoną i dziećmi nadal wszystko jest w porządku. Moje chwilowe wahanie pozwala nieumarłym kobietom mnie zobaczyć, a ja tracę element zaskoczenia. Warczą łapczywie i właściwie walczą ze sobą o to, która z nich dopadnie mnie pierwsza. Cofam się na tyle, aby jedna mogła wysunąć się do przodu, po czym obiema rękami podnoszę łom i z rozmachem trafiam ją pod brodą. Jej głowa odchyla się do tyłu, a stopy odrywają od ziemi. Szczęka zombie załamuje się pod tym ciosem, a zęby eksplodują z ust w strumieniu krwi. Upada tyłem na podłogę, chwilowo utrudniając przejście swojej koleżance. Niestety, nie był to śmiertelny cios, przynajmniej nie dla zombie, ten paskudny stwór wstał, a jej dolna szczęka zwisa niczym papkowaty płat luźnej skóry. W tym momencie znajduję się w pobliżu otwartych drzwi do biura. Wślizguję się tyłem przez drzwi i szybko je zamykam. Słychać, jak drapią drzwi i widać, że nie utrzymają ich długo na zewnątrz.

Przygotowuję łom i nagle otwieram drzwi, na tyle, aby mogły wstawić przez nie głowę. Podpieram dolną część drzwi stopą, aby zapobiec wpychaniu się do środka. Tak jak miałem nadzieję, jedna wsunęła głowę przez szczelinę i warknęła na mnie wściekle. Opuszczam łom na jej głowę tak mocno, jak tylko potrafię i krzywię się, gdy eksplozja zawartości uderza mnie w twarz, a co gorsze, prosto po oczach. Próbuję przetrzeć rękawem papkę spływającą po mojej twarzy i przygotować kolejny cios, ale zombie pada martwy na ziemię i zostaje nadepnięty przez tego znajdującego się za nim. Ponownie uderzam łomem, unicestwiając także głowę drugiego półżywego trupa. Żadne z nich się nie podnosi, cofam się, wycieram twarz rękawem i ponownie przechodzę na korytarz. Przez kilka minut wymiotuję w niekontrolowany sposób.