Jak Kościół ukradł Słońce?

No i proszę. Mija już trzeci rok, kiedy ten blog zmienia się w grudniu w świąteczny krytyczno-wspomnieniowy hybryd. Tradycja to tradycja, nawet jeśli jest świecka. Zatem małe przypomnienie tej wielkiej sagi.

Przed dwoma laty pisałem o tym, jak z gorliwego wigilijnego dzieciaka, przez buntowniczego nastolatka czytającego o kosmitach, stałem się ateistą, który z uporem maniaka odtwarza magię świąt dla swoich dzieci. Punktowałem, że można czerpać z chrześcijańskiego dziedzictwa, nie wierząc w jego dogmaty. Taki świąteczny manifest.

W zeszłym roku wkurzyła mnie Mariah Carey, komercja i polityczna poprawność, więc napisałem nostalgiczny wpis na cześć domowego chaosu, zapachu ciastek i prawa wierzących do mówienia „Wesołych Świąt” bez poczucia winy. Zrzędząco, ale ciepło o kulturowym zamęcie.

A w tym roku? W tym roku, moi drodzy, wkraczamy na grząski grunt świątecznej archeologii i kościelnego marketingu. Będziemy grzebać w historii, żartować i z pobłażliwym uśmiechem patrzeć, jak koloryzuje się rzeczywistość. Jedziemy do Palestyny sprzed 2025 lat! Chociaż chcąc być poprawnym politycznie powinienem powiedzieć jedziemy do Judei za panowania Heroda Wielkiego, czyli do rzymskiej prowincji na Bliskim Wschodzie, którą późniejsi historycy, dla wygody, będą nazywać Palestyną. To ziemia zamieszkana przez lud Izraela, ale kontrolowana przez Imperium Rzymskie. I to tam, w tej małej, zapalnej części świata, rozegrała się historia, która na zawsze zmieniła nasz kalendarz.

Wyobraźcie sobie taką scenę, prosto z kart Ewangelii Łukasza. Jest noc, na okolicznych wzgórzach pasterze pilnują swoich stad. Sielanka. Tylko, moi drodzy, mamy mały problem klimatyczny. Za czasów Heroda zimy były porządne, zwłaszcza na wyżynnych terenach wokół Betlejem. W grudniu noce potrafiły być mroźne, a dochodziły do tego opady. Żaden szanujący się pasterz nie wyprowadzałby swojego stada na nocleg pod chmurkę w środku zimy. Teoretycznie możliwe, praktycznie głupie.

Pasterze z owcami w polu to scenariusz na wiosnę lub jesień, gdy trawa jest zielona, a noce względnie łagodne. Biblia podaje nam więc pierwszy i najlepszy dowód, że historyczny Jezus najprawdopodobniej urodził się między marcem, a październikiem. Żadnego grudnia! Chociaż, gdyby klimatyczne ocieplenie istniało wtedy w obecnej skali, a w Betlejem panowałyby dzisiejsze, 12-stopniowe grudniowe noce to może Maryi i Józefowi byłoby odrobinę przytulniej w szopie. Ale to już taka moja dygresja.

Skoro już jesteśmy przy datach, to Jezus urodził się „przed Chrystusem”. Brzmi jak absurd, ale to prawda. Mnich Dionizy Mały, który w VI wieku obliczał początek nowej ery, popełnił błąd. Obecnie historycy są niemal pewni, że Jezus przyszedł na świat między 8 a 4 rokiem przed narodzeniem samego siebie, nieźle, co? Herod Wielki umarł w 4 roku przed Chrystusem, a Jezus musiał się urodzić za jego życia. Dojście do tego wniosku zajęło dwa tysiąclecia!

No dobrze, skoro nie grudzień, to skąd to święto? Tutaj Kościół wykazał się genialnym marketingiem. Wyobraźcie sobie wielkiego egocentryka. To ktoś, kto patrzy na potężne, radosne, pogańskie święta Rzymian – Saturnalia. Uczty, prezenty i kult Niezwyciężonego Słońca obchodzony właśnie 25 grudnia, w przesilenie zimowe. Wszyscy są zajęci, świętują, radują się światłem, a nasz egocentryk myśli „Ależ to wszystko jest fajne, szkoda tylko, że nie o Mnie!”. I co robi? Przejmuje grę. Ogłasza, że 25 grudnia to dzień prawdziwej Światłości – Jezusa Chrystusa. Od dziś obchodzicie Jego narodziny! Genialny ruch. Z pogańskiego przesilenia zrobiło się Boże Narodzenie. Z egoistycznej potrzeby bycia w centrum powstała uniwersalna, trwająca wieki tradycja.

A gdzie to wszystko się wydarzyło? Ewangelie Mateusza i Łukasza mówią o Betlejem. Zdrowy rozsądek sugeruje, że Jezus był powszechnie znany jako „Jezus z Nazaretu”. To tam się wychował i tam mieszkała jego rodzina. Bardziej prawdopodobne jest, że urodził się właśnie tam, a historia betlejemska to piękna, teologiczna bajka. Zgaduję, że prawda leży po środku. Jezus, jeżeli faktycznie istniał, urodził się gdzieś w Galilei.

Czy to burzy magię Świąt? Dla mnie – absolutnie nie.

Robię zresztą podobnie. Przechwytuję świąteczne symbole, odcinam je od teologii i napełniam własnym, świeckim znaczeniem: rodziny, ciepła, przerwy w pędzie. Kto tak nie robi, niech pierwszy rzuci kamieniem! Więc tego roku, gdy znów zasiądziemy do barszczu z uszkami przy 12 stopniach za oknem, pamiętajmy – świętujemy światło, które ludzie od zawsze czcili w najciemniejszym czasie roku i świętujemy ciepło, które dajemy sobie nawzajem. Reszta to piękna, stara opowieść, która pomogła tej idei przetrwać. A my mamy szczęście być jej częścią.

Wesołych, historycznie nieprecyzyjnych Świąt!

A na dobry początek dłuższych dni i jaśniejszych myśli, zostawiam Wam pieśń o powrocie światła po długiej, ciemnej zimie. O tym pierwszym, ciepłym oddechu wiosny. O wyjściu z mroku i prostym, czystym szczęściu.