Marzec. Love Island w moim ogrodzie!

Ogrodek-3

Marzec w moim zakątku Europy to nie tylko czas, gdy przyroda budzi się do życia. To moment, w którym każdy ptasi gatunek gra inną rolę. Dokarmiam ptaki przez cały rok i to, co widzę z fotela na tarasie, bije na głowę niejeden film przyrodniczy.

Kosy to prawdziwi gospodarze. Ostatnio miałem okazję podglądać ich rytualny taniec godowy. To niesamowity widok, para krąży wokół siebie z dumnie zadartymi dziobami, skrzydłami rozstawionymi na boki, wydając przy tym głośne, wręcz agresywne skrzeczenie. To nie jest tylko zalotne ćwierkanie – to twarde negocjacje i pokaz siły. Co ciekawe, kosy to jedyne ptaki w moim ogrodzie, które potrafią przegonić sikorkę czy rudzika – dla zasady. Choć mają zupełnie inne menu, lubią pokazać, kto tu rządzi. Jedynymi sąsiadami, przed którymi czują respekt, są grzywacze – ich po prostu omijają szerokim łukiem. Kosy przylatują do mnie głównie po to, by przekopywać mulcz na grządkach. To ich ulubiona restauracja, w której zawsze znajdą coś białkowego.

Moje grzywacze to fascynujący przykład ptasiej wierności. Zauważyłem ciekawą prawidłowość – samiec zostaje u mnie przez całą zimę, pilnując terenu, podczas gdy samica z młodymi prawdopodobnie odlatuje w cieplejsze strony. Teraz, w marcu, znów są dwoje! Jestem niemal pewien, że to ta sama para co w zeszłym roku. Dla nich przygotowałem specjalny karmnik na ziemi, gdzie serwuję płatki owsiane i orzechy. Kiedy jedzą, musi być absolutna cisza – są niezwykle płochliwe. Ale warto czekać, by zobaczyć ich letni system zmianowy w gnieździe. Rano on, wieczorem ona.

Rudzik to historia szczególna. W zeszłym roku zniknął pod koniec lutego – prawdopodobnie poleciał szukać wybranki serca. W tym roku wciąż jest sam, więc całymi dniami siedzi pod zadaszeniem na tasie i podśpiewuje sobie po cichu. Brzmi to tak, jakby mruczał pod nosem z nudów, czekając na wiosenną miłość. Póki co, to ja jestem jego głównym partnerem. Kiedy tylko wbijam łopatę w grządkę, on melduje się obok. Podaję mu małe dżdżownice, a on odbiera je delikatnie dzióbkiem i rozdrabnia na kamieniu. To ptak, który zupełnie stracił lęk przed człowiekiem, wiedząc, że tu nic mu nie grozi.

Bogatki i modraszki to najmniejsi, ale najgłośniejsi mieszkańcy ogrodu. Bogatki rozróżniam po odcieniach na brzuszkach – niektóre są wyraźnie żółte, inne bardziej szare. Choć boją się każdego cienia, są niesamowicie pożyteczne, wyłapując gąsienice z mojego agrestu.

Prawdziwe widowisko zaczyna się jednak, gdy w ogrodzie pojawi się sroka. Sikorki podnoszą wtedy nieprawdopodobny wrzask, alarmując całą okolicę. Do akcji wkracza kos – wlatuje w sroki z impetem, próbując je przegonić. A grzywacz? Siedzi spokojnie na dachu, patrzy na tę całą aferę z góry i kompletnie nic go to nie obchodzi.

Wiele osób dziwi się, że nie chowam karmnika na wiosnę. Podaję orzechy, suszone larwy mącznika i płatki owsiane. Dlaczego? Bo uważam, że całoroczne dokarmianie znacząco zwiększa sukces lęgowy moich gości. Na stronie British Trust for Ornithology przeczytałem, że ptaki, które mają dostęp do stałego źródła pokarmu, tracą mniej energii na szukanie jedzenia dla siebie, dzięki czemu mogą dostarczyć swoim pisklętom więcej naturalnego, wysokobiałkowego pokarmu jak gąsienice. Moje sikorki są tego najlepszym dowodem – szybki mącznik z karmnika daje im kopa do dalszej pracy w terenie!