Muzyka towarzyszy mi prawdopodobnie od narodzin, ale w Polsce lat osiemdziesiątych nie była ona towarem łatwo dostępnym. Prawdziwe hity nie leżały na półkach sklepowych. Był ulotne i prawie nieuchwytne.
Pamiętam wieczory, kiedy mój tata, z pietyzmem godnym archiwisty, ustawiał się z magnetofonem koło radia. Czekał, nasłuchiwał, a gdy z głośnika popłynął upragniony utwór, z nabożną koncentracją naciskał czerwony przycisk. Tak powstawały nasze domowe, jedyne w swoim rodzaju kompilacje — z towarzyszącymi im niekiedy komentarzami rozradowanego spikera, szumem taśmy i charakterystycznym klikaniem na początku i końcu nagrania. To były nasze soundtracki do podróży samochodem i rodzinnych spotkań. Wychowałem się więc na muzyce lat 70. i 80., przefiltrowanej przez gust mojego taty i programową ramówkę Polskiego Radia.
Nawyk chwytania muzyki z powietrza był we mnie głęboko zakorzeniony. Gdy nadeszły lata 90. i Polska otworzyła się na Zachód, ceny oryginalnych kaset wciąż przyprawiały o zawrót głowy. Dla nastolatka były praktycznie nieosiągalne. Nie było więc innej drogi. Dziedzictwo przejąłem po ojcu. To ja teraz spędzałem niedzielne wieczory przy odbiorniku, z palcem zawieszonym nad magnetofonem, czekając na wejście kolejnego hitu z listy przebojów. Była to sztuka cierpliwości, precyzji i małych frustracji, gdy prezenter zagadał tuż przed refrenem, ale satysfakcja z własnoręcznie skompilowanej, idealnej taśmy była nie do opisania.
Aby ten skarb móc zabrać ze sobą w świat, potrzebny był przenośny odtwarzacz kaset. Nie był to legendarny Walkman Sony, który pozostawał w sferze marzeń z powodu swojej ceny. Mój był prosty jak cegła, klapka czasem odpadała, a napisy szybko się starły. Nie miał żadnych ekstrawagancji. Ani autorewersu, ani redukcji szumów Dolby, ani szybkiego przewijania, ale miał to, co najważniejsze: gniazdo na słuchawki i niezawodność. Działał. I to właśnie on, ten niepozorny kawał plastiku, stał się dla mnie najcenniejszym przedmiotem, bramą do prywatnego, przenośnego świata dźwięku.
Mój szary, plastikowy odtwarzacz nie był jednak tylko biernym odbiorcą moich muzycznych pasji. W szkole podstawowej, wraz z moim przyjacielem Michałem, odkryliśmy jego drugą — a może nawet pierwszą — duszę. Duszę obiektu technicznego. Byliśmy typami, które uwielbiały wiedzieć — jak to działa. Nie było przed nami tajemnic starego sprzętu komputerowego, odbiorników, nadajników, ani właśnie magnetofonów. Nasze pokoje zamieniały się w pracownie. Na stole piętrzyły się śrubokręty, kolorowe kabelki, lutownice i zdobycze z giełdy elektroniki użytkowej.
Mój odtwarzacz stał się poligonem doświadczalnym. Rozkręcaliśmy go, podziwiając prostotę mechanizmu i matrycę płytki drukowanej. Raz dolutowaliśmy świecącą diodę, by sygnalizował, że działa. Innym razem wymienialiśmy jakiś rezystor na taki, który wydawał się dwóm 15-latkom bardziej profesjonalny. Naszym największym wspólnym triumfem było zaprojektowanie i wmontowanie systemu szybkiego przewijania. Był to mechanizm, który po naciśnięciu tajemniczego, samodzielnie zamontowanego guzika, przyspieszał przewijanie taśmy z satysfakcjonującym, furkoczącym świstem. To nie było już zwykłe słuchanie muzyki — to było współtworzenie narzędzia, które miało nam ją odtwarzać!
Po przejściu tych wszystkich technicznych inicjacji, mój zmodyfikowany, własnoręcznie ulepszony odtwarzacz wkroczył w złotą erę swojej służby – stał się niezastąpionym towarzyszem dojazdów do liceum. Codziennie przez pół Krakowa, pokonywałem autobusem trasę trwającą około 40 minut, a potem jeszcze 10 minut marszu. Ta prawie godzina w drodze była moim czasem. Czasem dla muzyki, myśli i oderwania. Słuchawki — te były słabym ogniwem. Przez lata wiele par padło ofiarą szarpaniny, zimowych mrozów i samego zużycia. Kable się urywały, membrany pękały, ale odtwarzacz sam w sobie był niezniszczalny.
Dźwięk miał ciepły, analogowy, a baterie wytrzymywały z godnością. Był ze mną na każdej wycieczce szkolnej, przy pasku na rowerowych wypadach za miasto, i nie raz — ku mojemu przerażeniu — spadał z dużej wysokości. Po takim upadku podnosiłem go, otrzepywałem, wciskałem PLAY i zawsze działał. Ten prosty jak cegła przedmiot, przez lata eksploatacji i młodzieńczych eksperymentów, stał się dla mnie czymś więcej niż gadżetem. Stał się przedłużeniem wyobraźni, niezawodnym elementem mojego codziennego ekwipunku i świadkiem dorastania.
Ten niezniszczalny towarzysz służył mi wiernie bardzo długo. Jednak wszystko, co ma początek, ma i swój koniec. Pewnego dnia, już pod sam koniec dekady lub na początku nowego tysiąclecia, mój odtwarzacz po prostu przestał działać.
Nie poprzedziło tego żadne typowe schorzenie starego sprzętu. Nie było charakterystycznego spowolnienia silnika ani kapryśnego wciągania taśmy, ani nagłego wyłączania się. Po prostu, po latach absolutnej niezawodności, zamilkł. Naciskanie przycisków nie wywoływało już żadnej reakcji. W głośnikach słuchawek zaległa głucha cisza. Zakończył swoje życie z godnością jak stary żołnierz.
A ja? W tamtym czasie moje zainteresowania techniczne dawno już ewoluowały. Zamiast prostych mechanizmów magnetofonów, rozkręcałem i modyfikowałem pierwsze komputery PC. Magia leżała już nie w mechanicznym przewijaniu, ale w cyfrowym przetwarzaniu. Stary, szary odtwarzacz, który przetrwał tyle upadków i przygód, po cichu zniknął z mojego życia. Nie z sentymentalnym pożegnaniem, ale po prostu przez zastąpienie go nową technologią.
Później kupiłem jeden z pierwszych przenośnych odtwarzaczy MP3. Nagle cała moja muzyka zmieściła się w urządzeniu wielkości pudełka zapałek, bez szumu taśmy, bez przewijania. Była to rewolucja. Całkowicie ominęła mnie epoka przenośnych odtwarzaczy CD. Moja osobista ścieżka technologicznego postępu przeskoczyła prosto z analogowej taśmy do cyfrowego pliku, a mój wierny magnetofon na zawsze pozostał symbolem tamtej specyficznej, pełnej poświęcenia i fizycznego kontaktu, ery słuchania muzyki.
Post inspirowany Daily Writing Prompt 2069
